piątek, 3 września 2010

Skórka niewarta wyprawki

Tak jak myślałam, po przewalczeniu kilku rozdziałów dalsze poszły już błyskawicznie. Po trochu dlatego, że nie zawierały już podstępnych niespodzianek, po trochu dlatego, że weszłam w rytm. Oczywiście (o czym kiedyś przy okazji) nie uważam gotowego w tym momencie tekstu za przetłumaczony. Na razie jest "przerzucony" z angielskiego na polski, z największą dokładnością, na jaką mnie było stać. Przerobienie go na formę akceptowalną dla wydawnictwa to następny etap. No, ale ileś rozdziałów jest już zrobionych i właśnie porzucam jeden wątek na rzecz drugiego, który dla mnie prywatnie jest znacznie ciekawszy.

Z drobiazgów, które zostały do rozstrzygnięcia, warto wymienić miejsce nazwane przez autorkę "Hellsmouth" - nie w USA, więc wymagające polskiej wersji. To przykład, kiedy dosłowne tłumaczenie nie ma sensu. "Usta Piekieł"? "Piekielna Jama Gębowa"? Nie brzmi poważnie, umówmy się. "Wlot Piekła" chwyta sens, ale mimo wszystko także nie brzmi jak prawdopodobna nazwa dla czegokolwiek. Tak naprawdę właściwym polskim odpowiednikiem byłyby "Wrota Piekieł" albo "Brama Piekieł", tyle że ten drugi termin jest już zajęty (tak jakoś od trzeciego tomu), a ten pierwszy za bardzo do drugiego podobny, żeby się to nie piórkało. Na razie wykombinowałam "Piekielne Gardło", ale jeszcze sprawę przemyślę.

Żeby jednak wypełnić notę czymś ciekawszym(?), wspomnę o przypadkach, kiedy tłumaczenie w ogóle nie ma sensu. To znaczy, zdarza się (dramatyczna pauza)... że w ogóle pomijam jakiś fragment informacji lub "skracam" ją okrutnie. Czemu? Zwykle dlatego, że to, co brzmi krótko i naturalnie po angielsku, po polsku wymagałoby kilometrowego przypisu albo konwulsyjnie poskręcanego akapitu wyjaśnień. W celu demonstracji wyciągam dwa przykłady z dawnych tomów - oba dotyczą całkowicie przypadkowych postaci epizodycznych i jako takie nie wnoszą absolutnie nic do fabuły, służą tylko jako fragment budowanego tła.

W tomie trzecim o pewnym projektancie mody zostaje napisane: Rolf Morgan had come to fame by selling preppie, old-boy style to the masses. Nie trzeba nawet znać angielskiego, żeby widzieć, że fraza preppie, old-boy style jest krótka i naturalna. A po polsku? O co tu chodzi?

Angielskie słówko prep oznacza ucznia prywatnego liceum lub studenta prywatnego college'u/uniwersytetu, z tych droższych i lepszych. Jeśli wrzucicie w wyszukiwarkę grafiki Google frazę "preppie style" lub "preppy style", natychmiast zobaczycie, o co chodzi. To ten rodzaj ubrania, który można zaobserwować na niektórych filmach, pokazujących życie amerykańskiej elity: swetry, bluzki polo, czasem krawaty, wełna i szkocka krata, styl bliski temu, co u nas nazywa się "sportowym", ale niemający nic wspólnego ze sportem, bo wszystkie te rzeczy są najwyższego gatunku i koszmarnie drogie. W takim snobistycznym stylu ubierają się amerykańskie "prepy" - pewnie nie wszystkie, ale to pierwsze skojarzenie przeciętnego Amerykanina. Teraz jednak mówimy o polskim wydaniu książki. Przeciętnemu Polakowi "styl studencki" jeśli z czymś się kojarzy, to z taniością i/lub niechlujnością wyglądu. Do chrzanu. Mamy elitarne szkoły prywatne, ale nie mamy kojarzonych z nimi strojów. W ogóle o ile pewne elementy tej mody mogą się u nas pojawiać, ktoś wystrojony tak od stóp do głów wyglądałby, jakby urwał się z innej bajki. No i trudno jednak pisać, że pan Morgan zdobył sławę, projektując ubrania w stylu charakterystycznym dla prywatnych liceów i uniwersytetów, prawda? Czytelnik zadumałby się nad tą konwulsją, podczas gdy powinien po prostu przejść dalej i nie przejmować się.

W druku to zdanie wygląda skromnie: Rolf Morgan zyskał sławę, popularyzując wśród mas klasyczny styl sportowy. Jak widać, nie całkiem zgodne z "prawdą" oryginału, ale dostatecznie bliskie, żeby miało sens, a nie odrywało czytelnika od meritum, które akurat z R.M. nie miało nic wspólnego.

Tom czwarty przyniósł jeszcze lepsze wyzwanie. Przedstawiamy postać epizodyczną: Muffie Astor, o której imieniu i osobie autorka pisze tak: It was so outrageously preppie it sounded like a joke. But it was not; it was the real thing, like Muffie herself, who embodied a horsey, Bedford, WASP authenticity in an age of brash nouveau-riche hordes adding “von” or “de” to their names and who didn’t know a Verdura from a Van Cleef. Cytuję większy fragment, żeby było widac, gdzie jest problem. O "preppie" pisałam w poprzednim akapicie, da się to jakoś przeżyć. Cała końcówka zdania drugiego także nie sprawia problemów. Ale proszę bardzo, co to ma znaczyć horsey, Bedford, WASP authenticity? W tym przypadku mamy do czynienia z ciągiem skojarzeń, podobnie jak "preppie style" zrozumiałych dla Amerykanów, ale hermetycznych dla reszty świata.

Horsey może oznaczać osobę przypominającą z urody konia, ale z dalszego kontekstu jasno wynika, że to z panią Muffie nie ma nic wspólnego. Chodzi za to o inną osobę: "mającą do czynienia z końmi", cytując Merriam-Webster Dictionary: characteristic of the manners, dress, or tastes of horsemen or horsewomen. Nie znaczy to, że taki ktoś biega na codzień w bryczesach i dżokejce, ale jeśli pamięta się trochę amerykańskich filmów, łatwo się domyśleć, że chodzi o typ wysportowanej, eleganckiej dziewczyny, która na przykład dużo jeździ konno. Powodzenia w próbie oddania tego po polsku jednym zrozumiałym słowem. Owszem, mnóstwo dziewczyn jeździ u nas konno, ale nie mają rozpoznawalnego "stylu", nie tworzą jakiejś wyróżniającej się i rozpoznawalnej grupy. Wiwat.

Bedford sama nie jestem pewna, skrót myślowy autorki idzie tu za daleko jak dla mnie. Czy chodzi o brytyjski Bedford College lub Bedford University? Obie te placówki są bardzo prestiżowe i nie jest wykluczone, że mogą mieć jakieś równie prestiżowe filie w Stanach. A może to w ogóle odrębna od nich placówka w USA? Albo jakieś miejsce, z czymś się kojarzące? Nie doszłam, ale też poddałam się dość łatwo. Podobnie jak w poprzednim wypadku szansa na znalezienie krótkiego zgrabnego odpowiednika po polsku grawituje w okolicy zera.

No i wreszcie WASP, najłatwiejsze do zrozumienia z tej triady. Otóż, jeśli ktoś nie wie, jest to skrót od White Protestant Anglo-Saxon czyli zamieszkała w USA osoba rasy białej, wyznająca religię protestancką i pochodzenia anglosaskiego (czyli nie np. polski emigrant). Tyle, że widać, ile zajęło mi wyjaśnienie tego skrótu. On bywa używany w języku polskim, ale zawsze z podanym rozwinięciem, ponieważ sam w sobie nie jest szczególnie dobrze znany.

Zbierając trzy powyższe akapity (przyjmijmy dla punktu drugiego, że chodzi o absolwentkę Bedford College) widać, że chociaż da się wyjaśnić, o co chodzi w tym zdaniu, jego przetłumaczenie w sposób zrozumiały dla polskiego czytelnika jest praktycznie niemożliwe. To znaczy: możliwe, ale tylko w przypadku, kiedy poświęcimy akapit na rozwinięcie opisu Muffie Astor, wyjaśniając wszystkie te detale. Czy warto to zrobić? Cóż, to zależy. Gdyby mowa była o jednej z głównych bohaterek, to tak, oczywiście: tego rodzaju charakterystyka byłaby na tyle istotna, że należałoby ją w jakiejś formie przekazać czytelnikowi. Ale mówimy o postaci z tła. Osobie wspomnianej tylko w kontekście organizowanego przez nią pokazu mody. Czy jest sens odrywać czytelnika od głównej fabuły (a dzieje się sporo) i zamęczać go opisem, który i tak będzie dla niego egzotyczny i nie skojarzy mu się z niczym rzeczywistym?

Nie jestem w tym momencie pewna, jak będzie wyglądać wersja ostateczna, ale to, co poszło do redakcji, omijało problem szerokim łukiem. Było {przypominam - imię} tak idealne dla panienki z dobrego domu, że brzmiało prawie jak żart. Ale było prawdziwe, podobnie jak sama Muffie, stanowiąca ucieleśnienie stylu prawdziwej amerykańskiej elity w czasach zdominowanych przez hordy nowobogackich, dodających przed nazwiskami „von” i „de”, a przy tym niepotrafiących odróżnić Verdury od Van Cleefa.

Lenistwo tłumaczki? Ja się trzymam wersji o skórce niewartej wyprawki.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz