wtorek, 3 listopada 2015

O niespodziewanych dołkach w przekładzie

Przymierzałam się do tego tekstu dość długo, bo jest odrobinę sprzeczny z założeniami tego bloga. Wyznaję zasadę, że o tłumaczonych książkach tak jak o zmarłych: albo dobrze, albo wcale. Tymczasem zdarza się, że natykam się na mniejsze i większe dołki w materiale oryginalnym i muszę przyznać, że pod tym względem Akademia Dobra i Zła okazała się wyjątkowo bogata w rozmaite kwiatki. Doszłam jednak do ważnego wniosku, że 99% tego, o czym mówię, będzie całkowicie niezauważalne dla przytłaczającej większości czytelników.

Pisałam już o tym, ale powtórzę: należy pamiętać, że każdą książkę czytam – w optymistycznym scenariuszu – trzy razy, w dodatku jadąc po niej nosem. Mniej się przy tym zastanawiam, jak się skończy, a bardziej – jak jest zbudowany ten opis, co autor miał tutaj na myśli i jak oddać tę grę słów. Przy okazji jednak zauważam najrozmaitsze drobne detale, po których dawniej, jako czytelniczka, prześlizgiwałabym się bez głębszego zastanowienia. Teraz już nie, bo niestety nawet książki, których nie tłumaczę, zaczęłam czytać w inny sposób i w efekcie liczba dobrych książek, jakie znam, znacząco spadła.

Akademia Dobra i Zła była debiutem Somana Chainaniego, a do tego dało się zauważyć, że pracował on wcześniej jako scenarzysta i płynne opisy nie były jego najmocniejszą stroną. Poza tym jednak książki z tej trylogii mogą posłużyć za modelowe przykłady tego, na co w mniejszym lub większym stopniu natrafiam w najróżniejszych pozycjach.

Kwak by te cyferki

Znacie ten wierszyk Tuwima? Jak nie, to znajdźcie go sobie w całości.

Szły raz drogą trzy kaczuszki
Grzeczne, że aż miło:
Pierwsza biała, druga czarna,
a trzeciej nie było.

Na spotkanie tym kaczuszkom
Dwie znajome wyszły:
Pierwsza z krzaków, druga z sieni,
Trzecia prosto z Wisły...

No to teraz wracamy do Akademii Dobra i Zła, tom drugi: Świat bez książąt, scena: Próba Baśni. Przypomnijmy, że to rodzaj podchodów, w których udział biorą dwie dziesięcioosobowe drużyny, odbywających się na magicznie zapieczętowanym obszarze, gdzie nie ma mowy o osobach postronnych.

  • Bohaterki natykają się na trzy osoby z przeciwnej drużyny. Tłumaczka klepie w klawiaturę, trochę na autopilocie.
  • Nagle zbliżają się przeważające siły wroga: jeszcze sześciu przeciwników. Tłumaczka klepie i klapie.
  • Wśród których nie ma dwóch osób z przeciwnej drużyny, poszukiwanych przez bohaterki. Tłumaczka marszczy brwi, potrząsa głową z rozbawieniem i zamienia „sześciu” na „pięciu”.
  • Jakiś akapit dalej tłumaczka wyrywa się z odrętwienia, cofa się o kilka stron i stwierdza ponad wszelką wątpliwość, że co najmniej dwie osoby z tej drużyny zostały już wyeliminowane, czyli wyteleportowane z obszaru rozgrywek. Tłumaczka klnie, przywraca „sześciu” i jedzie dalej z tym koksem w słusznym przekonaniu, że i tak nikt nie zauważy.


Pytanie: dlaczego nie przeprowadziłam dalszego odejmowania przeciwników do rozsądnej liczby? Tu właśnie trzeba brać pod uwagę kontekst, czyli to, co napisałam o „przeważających siłach wroga”. Sens tej sceny polega na tym, że zbliża się zagrożenie dla bohaterek. Sześć osób może być zagrożeniem. Pięć od biedy też. Trzy – już nie bardzo, biorąc pod uwagę, że na tym etapie z poprzedniej trójki dwie sztuki były już chyba też wyeliminowane. W takim przypadku lepiej zostawić niespójność tego rodzaju niż wprowadzić nową: po co dramatyczne „idź dalej, my ich zatrzymamy”, jeśli zagrożenie miałoby bardzo umiarkowany rozmiar?

W ogóle z cyferkami jest nieszczęście. Autorzy – nie wiedzieć czemu – uwielbiają podawać wszystko w stopach, galonach, funtach, uncjach i licho wie, czym jeszcze. Wydawnictwo woli, żeby to przeliczać na bardziej oczywisty system metryczny. To nie problem: problemem jest, kiedy przeliczam i w diabły mi wychodzi, że szanowny autor ma słabe pojęcie, ile to jest, bo ja wiem „dziesięć stóp”. Na przykład w trzecim tomie Akademii bohaterowie stają przed gigantycznym rumowiskiem zwalonych drzew, wznoszącym się na wysokość… pięciu metrów. Serio. Większe wykroty widziałam w całkowicie niemagicznej Puszczy Białowieskiej. O armiach zatrzymujących się w odległości dwudziestu metrów nie wspominam… Co w takiej sytuacji robi tłumacz? To zależy. Czasem tłumaczy na zasadzie „i tak się nie połapią, a skoro autor chciał, to niech ma”. Czasem można taką niewygodną liczbę po prostu pominąć i zastąpić mniej precyzyjnym omówieniem typu „niedaleko” czy właśnie „ogromny”. Acz pytanie pozostaje: czy tak trudno się zorientować, jaka to odległość te pięćdziesiąt stóp, i odpowiednio się zastanowić, czy ma sens?

Złudzenia optyczne i sztuczki perspektywy

Mam – być może niedobrą – skłonność, żeby łatać małe dziurki logiczne w tekście. W rodzaju takich, że w jednym akapicie stoi na stole popielniczka szklana, a w następnym ktoś strąca popiół do metalowej. Albo autor zapomniał, kto koło kogo stoi czy coś w ten deseń.

Niestety pod tym względem Akademia wystawiła moją cierpliwość na poważną próbę. Szczególnie irytowało mnie, gdy bohaterowie idą przez Puszczę (w oryginale Woods, żeby nie było, że źle zrozumiałam) i widzą to czy tamto… na horyzoncie. Drugim przypadkiem powtarzającym się we wszystkich trzech tomach była niezwykła dalekowzroczność: ktoś z bohaterów, stojący na wieży zamku, patrzy na polanę po drugiej stronie Błękitnego Lasu i dostrzega każdy detal, od wyrazu twarzy znajdujących się tam osób po – niemalże – układ dziurek ich guzików. Wiem oczywiście, jak to widział autor: jak zbliżenie na filmie. Problem polega na tym, że jeśli pokazuje się wydarzenia z czyjegoś punktu widzenia (mimo narratora w trzeciej osobie), to fajnie byłoby zadbać o to, żeby te wydarzenia faktycznie zgadzały się z perspektywą danej postaci.

No dobrze, a co to ma do wyzwań tłumaczeniowych? Ano to, że w każdym przypadku podejmowałam błyskawiczną decyzję. „Dalekowzroczność” zostawiałam, bo była istotna, ale zdarzało się, że przycinałam i prostowałam jakieś rzeczy, które były na przykład topograficznie niemożliwe w danym momencie. Na przykład dlatego, że autor uparcie pisał o słońcu, zniżającym się po południu na… wschodzie, albo też równie uparcie nazywał świecącą na wschodzie jasną gwiazdę – Gwiazdą Polarną. Jasne, to magiczny świat, może tam Polarna świeci na horyzoncie, ale skoro mogę ją bezboleśnie przeistoczyć w gwiazdę poranną, to wszyscy będą bardziej zadowoleni. Ze mną na czele.

Czy róża pod inną nazwą na pewno pachnie?

Mój najpoważniejszy zarzut do Akademii Dobra i Zła jako książki – i jako materiału do przekładu – dotyczy jednak czegoś innego i chociaż nie chciałam narzekać, uznałam to za bardzo istotne z czysto translatorskiego punktu widzenia. Otóż, umówmy się, zdarza się czasem, że autor użyje jakiegoś słowa, powiedzmy, niedbale, nie sprawdzając jego znaczenia. To się zdarza w każdej książce i zwykle dotyczy słów trudniejszych, często archaicznych i generalnie rzadko stosowanych. Ponieważ tłumacz – w odróżnieniu od autora – na widok takiego słowa zatrzymuje się, sięga po słownik i jak byk znajduje coś, co nie ma sensu, to można bardzo łatwo poprawić. Trochę trudniej bywa, gdy takie słowo jest użyte w jakiejś nazwie własnej i wtedy trzeba decydować, czy trzymamy się oryginału, czy od niego odchodzimy.

Tu muszę się przyznać, że niestety w przypadku Akademii... zorientowałam się bardzo późno, że coś jest nie tak. Przywykłam, żeby uważać na trudne słowa i terminy. Wiem też, że warto mieć oko na określenia broni używane przez autorów, bo w większości przypadków nie zawracają sobie głowy detalami i na przykład używają zamiennie sztyletu i noża, a dobrze, jeśli jeszcze nie miecza. Rozumiem, że nie każdy jest botanikiem, więc staram się, by nie skręcało mnie za bardzo, gdy widzę coś takiego jak pine bush, czyli krzew sosny (mam wrażenie, że chodziło tu generalnie o jakiegoś małego iglaka). Poza tym jednak, jak na tłumacza przystało, pozwalam, żeby tekst mnie prowadził: staram się dotrzec, o czym pisze autor i odpowiednio do tego układać swój przekład. Tymczasem Soman Chainani, jak się okazało, używa słów w sposób… powiedzmy… swobodny.

Weźmy tu na warszatat przykład najbardziej widoczny dla mnie. Dwie akademie (notabene, autor uparcie stosuje zamiennie słowa tower i castle, a w dodatku każdy z zamków ma własne wieże) leżą nad jeziorem, którego wody są krystalicznie czyste od strony Dobra, zaś od strony Zła mamy czarny szlam. Autor używa tu trzech określeń: Bay, Lake (to krystaliczne) oraz Moat (czyli ten szlam). Po polsku oznacza to dokładnie: Zatoka, Jezioro oraz Fosa. W związku z tym namalowałam sobie w myśli obraz jeziora, które ma zatokę i po dwóch stronach tej zatoki stoją zamki. Zamek Zła otacza szlamiasta „fosa”, zamek Dobra graniczy z krystalicznie czystą wodą. Jakoś to można sobie wyobrazić, nawet jeśli między „fosą” a resztą jeziora nie ma wyraźnej granicy innej niż to, co w niej pływa. OK, to magia. Ale… kiedy pierwszy tom był już wydany, zaczęłam sobie uświadamiać, że to nie tak. Z powodów, których nie umiem dociekać, autor wyobraził sobie jezioro, które nazwał Zatoka, podzielone na dwie połowy: jedną nazwał Jezioro, a drugą nazwał Fosa. Można się kłócić, że ma to sens na obrazku-mapie w pierwszym tomie, ale problem polega na tym, że im dalej w las, tym częściej słowo Zatoka jest używane jako synonim całego jeziora. Uprawiałam zaawansowaną gimnastykę, żeby jakoś tego uniknąć.

Inny przykład: w trzecim tomie bohaterowie trafiają do kryjówki, która jest domem położonym wśród tego, co autor nazwał moor. To może znaczyć wrzosowisko, może być też rodzajem bagna (torfowiska dla ciekawych), albo, jeśli jest się laikiem, generalnie opisywać jakiś jałowy nieużytek. Poszłam tym tropem i wpadłam nosem w opisy zielonych pagórków porośniętych soczystą trawą i ciągnących się aż po horyzont. Tu mogłam już na szczęście przeprowadzić likwidację szkód w zarodku i użyć słówka łąki, ale niestety tego, co było w poprzednich tomach, musiałam się już konsekwentnie trzymać. Z niewiadomych powodów natomiast do białej gorączki doprowadzały mnie ćwierkające gołębie… Ale to też mogłam jakoś ubić.

Tak jak pisałam we wstępie: dużej części tego w przekładzie nie ma, bo co znalazłam, to zabiłam ogniem. Nie wiem, naprawdę nie wiem, o co tu chodziło autorowi. Przez jakiś czas nosiłam się z przekonaniem, że po prostu te słowa mają szerszy zakres znaczeniowy niż sądziłam, a ja nie znam angielskiego tak dobrze, jak mi się wydawało. Ale jeśli ja go nie znam, to nie znają go również wszystkie słowniki, które ni diabła nie zawierają takich definicji. Nie wydaje mi się, żeby to była rzecz przeszkadzająca czytelnikom, których interesuje przede wszystkim, jak cała ta historia się skończy i czy Tedrosowi uda się wyjść z tego wszystkiego z życiem. Natomiast z punktu widzenia tłumacza to było coś nowego: od chwili, gdy zdałam sobie sprawę, że siedzę na polu minowym, musiałam pracowicie tropić w tekście poszlaki mówiące, jak dane coś faktycznie wygląda i na podstawie tego – a nie użytego przez autora słowa – dobierać polską wersję.


Na szczęście ostatni tom Akademii siedzi już w redakcji, a do jego premiery jeszcze trochę czasu. Ja oczywiście się nie nudzę i jeśli tylko mi się uda, postaram się kolejny wpis poświęcić temu, nad czym pracuję w tej chwili.

8 komentarzy:

  1. Zabawne jest, że kiedy wejdziemy w jakiś inny dział (życia/pracy/zainteresowań), to momentalnie zmienia się nasze postrzeganie literatury. Ja np., przez Sherlocka, co chwilę czuję się zawiedziona jakąś książką. Czemu? Bo mnie nie zaskoczyła. Bo przewidziałam tę całą tajemnicę i zakończenie. I kicha. Staram się przymykac na to oko w recenzjach, bo wiem, że wiele osób będzie, w przeciwieństwie do mnie, zaskoczonych. Albo, co robię częściej, staram się nie myśleć przy czytaniu. Bo jeżeli choć na chwilę się zawieszę i pomyślę "o, a gdyby tak autorka..." - to to się sprawdza. I to boli. Ale weź tu, człowieku, nie myśl przy czytaniu. Jak nie myślę, to fakty mi uciekają i już tak nie przeżywam. No nie wiem. Nie podobać mnie się to.
    Ale, swoją drogą, to trochę irytujące, że autorzy nie robią jakiegoś researchu czy coś. No jak z tymi miarami. To nie jest trudne wpisać w google, albo sobie linijkę rozłożyć i WYOBRAZIĆ (co na faceta od scenariuszy filmowych powinno być proste), jak duża odległość to 20 takich linijek. Ale ten horyzont i guziczki z wieży to już mnie na kolana powaliły :P
    Ale podziwiam Panią Tłumaczkę, że się Pani Tłumaczce chce kombinować, jak coś zmienić, jak przestawiać, jak słowo wyciąć lub dopisać tak, żeby wszystko się trzymało nawozu. Prawdopodobnie rzeczywiście czytelnicy nawet by nie zauważyli, że w jednym rozdziale popielniczka jest szklana, a w innym metalowa. Ba, niektórzy by pewnie nie zauważyli, ze dana postać pali. Ale tu dla Pani Tłumaczki szacun i ukłon się należy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękuję za ciepłe słowa! Mój przepis na czytanie kryminału:
      1) Przyjrzeć się obsadzie.
      2) Wyeliminować osoby nieprawdopodobne scenariuszowo (np. jeśli to książka amerykańska i w obsadzie jest jeden gej, to na pewno nie będzie mordercą, tak samo jeśli ktoś ma znacznie niższy status materialny od pozostałych).
      3) Spośród pozostałych wybrać najmniej prawdopodobną (w razie wątpliwości obstawić tę, która ma najwyższy status społeczny).
      4) Zakląć ciężkim słowem, jeśli ten wzór się (znowu) sprawdzi...

      Usuń
    2. To prostsze. Im sympatyczniejsza postać tym większe prawdopodobieństwo, że kogoś zabiła.

      Usuń
    3. A to też racja. Jak Mentalistę włączyłam, to na pierwszym sezonie skończyłam. Obejrzałam 5 minut i już wiedziałam, kto zabił. Nawet, jeśli tej osoby na ekranie jeszcze nie było, tylko o niej wspomniano. Albo wchodziłam do pokoju w trakcie odcinka, po czym wskazywałam palcem i mówiłam "On zabił". I moja rodzina "ZAMKNIJ SIĘ!!" :P

      Usuń
  2. Zgadzam się z tym co napisałaś, dobrze to ujęłaś ogólnie rzecz biorąc. Czasami takie sytuacje są nieuniknione ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Czasami nie da się inaczej, ale to przecież nic złego co nie :D Fajny artykuł ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. hahaha, uśmiałam się czytając to co piszesz :D to nieźle im spojlerowałaś haha xd

    OdpowiedzUsuń
  5. Szkoda że nie piszesz już takich rzeczy, uwielbialiśmy czytać twoje wpisy. Wracaj do nas!

    OdpowiedzUsuń