wtorek, 10 listopada 2015

Kruk tłumaczce oka nie wykole


Bez żadnych wstępów i zagadek napiszę wprost: moją nową książką jest trzeci tom Nevermore Kelly Creagh, noszący podtytuł Oblivion. To ciekawy przypadek: pierwszy tom (Nevermore: Kruk) ukazał się u nas w 2011 roku, a niemal rok później, w 2012, tom drugi (Nevermore: Cienie). Oba tomy bardzo się spodobały, więc czytelnicy (pewnie głównie czytelniczki) wyczekiwali tomu trzeciego, który autorka pisała. I pisała. I pisała… I tak zeszło aż do teraz. Wydawnictwo Jaguar myślało nawet zdaje się, czy by nie machnąć ręką na ten tytuł, bo takie kontynuacje po latach często się nie sprzedają: czytelnicy zapominają, a nowym nie chce się zaczynać od pierwszego tomu. Jednak wierne fanki nie dawały o Nevermore zapomnieć, a efekty widać: książka „się tłumaczy” i dostarcza nowego pęczka problemów z przekładem.

Przede wszystkim takich, że to nie ja tłumaczyłam dwa poprzednie tomy – ba, do tej pory nawet ich nie czytałam, więc musiałam to nadrobić. Chociaż technicznie rzecz biorąc, jest to chyba najbliższe gatunku „romans paranormalny”, muszę powiedzieć, że wyróżnia się zdecydowanie na plus tym, że autorka ma talent literacki. No dobrze, do tego czy tamtego w fabule bym się przyczepiła, ale tekst jest gładki, ma charakter i – co niezwykle ważne – klimat. Podziwiam też opisywanie wysnutej z koszmarów krainy snu w taki sposób, że nie brzmi to jak opis domu strachów w wesołym miasteczku. Autorka panuje nad słowami, a to zdecydowanie ułatwia tłumaczce życie: to ten przypadek, kiedy mogę tekstowi zaufać i pozwolić po prostu, żeby mnie prowadził.

Zdecydowanie utrudnia tłumaczce życie, że autorka odwołuje się co chwila do scen z poprzednich dwóch tomów, co oznacza, że za każdym razem należy się do nich dogrzebać w polskim wydaniu, żeby użyć tych samych – lub zbliżonych – sformułowań. Nie zawsze też decyzje podejmowane przez moich poprzedników zgadzają się z moją intuicją. Nie znaczy to, że są złe, po prostu każdy tłumacz robi po swojemu, ale ja z konieczności muszę się dostosować do tego, co już było przyklepane.

Przede wszystkim jednak Nevermore jest wypchane odniesieniami do twórczości Edgara Allana Poego – zarówno cytatami (co jest łatwe), jak i aluzjami w poszczególnych scenach czy obrazach, jakie widzi bohaterka (co jest nieco trudniejsze). Co za tym idzie, pracę – poza przeczytaniem dwóch pierwszych tomów – musiałam zacząć od zaopatrzenia się w jego dzieła zebrane w języku angielskim oraz wygrzebanie tylu polskich przekładów, ile tylko się dało. Tu należy wiedzieć, że stare utwory literackie (i nie tylko, ale o nie mi chodzi) znajdują się w tak zwanej domenie publicznej – czyli jeśli ich autor zmarł ponad 70 lat temu, można z nich dowolnie korzystać, kopiować je i rozpowszechniać. Oczywiście to nie jest takie całkiem proste. Po pierwsze, jedną rzeczą jest tekst, a drugą – opracowanie edycyjne, do którego prawa ma wydawca, co oznacza, że nie można wziąć sobie nowiutkiego Pana Tadeusza i po prostu skopiować dokładnie jego wydania. Po drugie, oczywiście tłumacz także jest autorem, czyli o ile dzieła Poego znajdują się w domenie publicznej, to większość jego polskich przekładów – już nie.

Dzieła z domeny publicznej są gromadzone w rozlicznych bibliotekach cyfrowych, ale ja oczywiście wolałam mieć coś bezpośrednio u siebie, możliwie wygodne w użytku. Zależy mi przecież na tekście, a nie urodzie tego tekstu, więc na przykład skany starego wydania umiarkowanie mi się przydadzą. Jak już chyba wspominałam, zaopatrzyłam się kilka lat temu w czytnik Kindle DX, do którego w zeszłym roku dołączył Kindle Paperwhite. Z obu jestem bardzo zadowolona, ale poza licznymi korzyściami z gatunku „mogę wyjeżdżać z dwudziestoma książkami!” ułatwiają one także dostęp do sklepu Amazona, a dokładnie – do Kindle Shop, czyli wydań elektronicznych.

Nie wiem, na ile jest to wiedza powszechna, ale w tym sklepie można znaleźć całe tony e-booków za darmo. Owszem, spora część z nich to rzeczy, za które nikt by nie zapłacił, jakieś kompletne śmiecie nieznanych, a zabiegających o popularność autorów. Ale jest tam też ogromna kolekcja klasyki przygotowana przez Amazon. Po co? To proste, im więcej ktoś bierze darmowych e-booków, tym większa szansa, że zainteresuje się także płatnymi. Poza tym do ich czytania potrzebne jest Kindle (nawet nie wiem, czy i jak da się je kupować bez niego). Ale mimo wszystko jeśli ktoś poszukuje ciekawych, a starszych tytułów po angielsku, zdecydowanie powinien się zasobami Amazona zainteresować. Tu jednak małe ostrzeżenie: wiele z tego bywa „popakowane” w zestawy typu „opowiadania” czy inne „dzieła zebrane”. Wersje darmowe nie zawsze mają zrobioną nawigację w treści (miewają ją, to nie jest reguła) – a bez niech połapanie się np. w zestawie 20+ książek zmontowanych w jeden długi dokument może być niewykonalne. Warto poczytać uważnie opisy i komentarze czytelników, z nich zwykle wynika, z czym mamy do czynienia. Za dosłownie grosze – od dolara do paru dolarów – można kupować całe zestawy przygotowane już bardziej profesjonalnie. W moim przypadku dzieła zebrane pana Poe kosztowały 99 centów – za tę sumę dostałam komplet jego prac z czytelnym (i oczywiście aktywnym) spisem treści, a natura e-booka sprawia, że mogę z łatwością wyszukiwać w nim potrzebne frazy.


Natomiast o rzeczach ciekawszych, w tym kontynuacja tematu używania słów zgodnie – i niezgodnie – z przeznaczeniem napiszę następnym razem.

2 komentarze:

  1. Brakuje mi czasem na blogach przycisku "Lubię to", co chyba oznacza, że jestem leniwa. Bardzo lubię Twoje teksty dotyczące tłumaczeń i czytam je regularnie, z chęcią pisałabym częściej komentarze... tylko że nie wiem o czym ;) Na tłumaczeniu się nie znam, wiem jedynie, że każdy Twój wpis jest ciekawy, a "Nevermore" się czyta w oczekiwaniu na 3 część :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam to samo, czytam każdy wpis, ale jak go skomentować? ; )

      Usuń