wtorek, 27 października 2015

Lista lektur do Akademii Dobra i Zła

Właściwie planowałam poświęcić Ostatniemu zakończeniu, czyli trzeciemu tomowi Akademii Dobra i Zła (jeśli Wydawnictwo zdąży zmienić tytuł, bo wyciśnięta ze mnie wersja robocza brzmiała Długo i szczęśliwie, ale zdecydowanie wolałabym Ostatnie zakończenie) tylko jeden wpis, ale uznałam, że byłby za długi. Tutaj nie muszę się tak bardzo obawiać spoilerów – zakończenie Świata bez książąt jasno wskazuje, gdzie będzie przebiegać linia podziału i konflikt. Nie będzie też chyba zaskoczeniem, że trzeba uratować świat. Natomiast w odróżnieniu od tomu drugiego autor poszalał tutaj z nawiązaniami na całego, przywołując postaci i miejsca z baśni i klasyki literatury dziecięcej. Aby dotrzymać mu kroku, robiłam co w mojej mocy, by znaleźć polskie odpowiedniki wszystkiego, co tylko się dało. Dlatego pomyślałam, że może ciekawie będzie przedstawić listę książek, na których się opierałam, oczywiście z wyszczególnieniem mniej więcej, co z nich wzięłam. Kolejność w miarę przypadkowa.

  • Lewis Carroll: Przygody Alicji w Krainie Czarów oraz O tym, co Alicja odkryła po drugiej stronie lustra; tłumaczenie: Maciej Słomczyński; rok wydania: 1972.


Biały Królik oraz kilkoro wymienionych tylko z imienia statystów. Autor Akademii niewiele zaczerpnął z Alicji (może to i dobrze...), natomiast warto zauważyć, że ma ona po polsku sporo przekładów, z których uznaję istnienie trzech: Macieja Słomczyńskiego, Roberta Stillera oraz Elżbiety Tabakowskiej (to ostatnie z ilustracjami Tove Jansson). Całej reszty nie przyjmuję do wiadomości.

  • Frank L. Baum: różne kawałki Krainy Oz; tłumaczenie: Stefania Wortman; rok wydania: 1990.


Sama Kraina Oz, Szmaragdowy Gród oraz Kraj Gillikinów, który przemierzają bohaterowie. Swoją drogą, czy wiecie, że to jedyna część Oz, której nazwa nie pada w najbardziej rozpoznawalnym, pierwszym tomie cyklu, czyli w Czarnoksiężniku ze Szmaragdowego Grodu? Co oznacza, że czytałam go całkiem na darmo, acz miło sobie przypomnieć. Ciekawostka: jak wiadomo, Kraina Oz składa się z czterech części, z których każda ma charakterystyczny dla siebie kolor (w zależności od tomu oznacza to preferencje ubraniowe i architektoniczne mieszkańców lub też dominujący kolor krajobrazu). Te kolory to – po angielsku – red, blue, purple oraz yellow i tak się składa, że Kraj Gillikinów ma przypisany kolor purple. Ja zawsze bardzo uważam, żeby tłumaczyć to jako fioletowy, ale w tym przypadku pani Wortman wybrała purpurowy (co zawsze wydawało mi się trochę bez sensu – dlaczego oddzielnie część czerwona, a oddzielnie purpurowa?), więc podążyłam w jej ślady. Bardziej bolały mnie „wróżki z kraju Gillikinów”, które albo są pomysłem samego Chainaniego, albo też pochodzą z jakiejś adaptacji lub przeróbki tych książek. W samym cyklu ich nie ma, co wiem, bo przeczytałam 40 tomów.

  • Hans Christian Andersen: Baśnie; tłumaczenie: Stefania Beylin, Jarosław Iwaszkiewicz; rok wydania: 1959.
  • Charles Perrault: Bajki; tłumaczenie (a właściwie „opracowanie”): Hanna Januszewska; rok wydania: 1978.
  • Baśnie braci Grimm; tłumaczenie: Emilia Bielicka, Marceli Tarnowski; rok wydania: 1982.


Całe stado różnych postaci mniej i bardziej ważnych. Nawet nie chce mi się ich dokładnie wymieniać… Z tą ferajną było trochę problemów, na przykład taki, że w starszych wydaniach przezwiska takie jak Kopciuszek lub Czerwony Kapturek są traktowane w rodzaju męskim (Kopciuszek poszedł, zobaczył itp.). Ja zastosowałam rodzaj żeński, żeby nie wprowadzać dodatkowego zamieszania. Poza tym problemem były pewne rozbieżności. Na przykład tak się utarło, że w angielskich baśniach Jaś i Małgosia nazywani są Hansel i Gretchen, czyli niemiecką wersją imion, a nie angielską. Stąd dla polskiego czytelnika może być niezrozumiałe, czemu na początku (potem autorowi nudzi się ten zabieg) wciskają oni w swoje wypowiedzi niemieckie słowa. To jednak jeszcze pół biedy: gorzej, że bohater bajki o magicznej fasoli po polsku także nazywa się Jaś, a w dodatku pojawia się w tych samych scenach, co poprzednia dwójka (po angielsku to Jack, więc nie ma problemu). Uznałam, że nie będę już nic zmieniać i jechałam z tymi dwoma Jasiami, starając się w miarę możliwości podkreślać, który jest który. Warto też podkreślić, że o ile ja opierałam się na porządnych starych wydaniach, autor traktował te baśnie – mówiąc łagodnie – umiarkowanie kanonicznie i mam pewne podejrzenia, że czerpał raczej z bardzo ugrzecznionych współczesnych przeróbek, takich jak disneyowska bajka o małej syrence, która jest szczęśliwym dziewczątkiem i wcale nie umiera na końcu. Notabene przy okazji pracy nad Akademią zdążyłam do reszty znienawidzić Disneya.

  • Carlo Collodi: Pinokio; tłumaczenie (także „opracowanie”): Jan Wittlin; rok wydania: 1950.


Pinokio, a także wspominana tylko Błękitna Wieszczka. Na szczęście z Pinokiem specjalnych problemów nie ma, jego imię jest dobrze utrwalone i dobrze się odmienia. Natomiast ciekawostka: osoba nazywana w angielskiej wersji Blue Fairy po polsku tak naprawdę nie ma wyróżniającej ją nazwy. Jest „dziewczyną o turkusowych włosach” albo też „Wieszczką”, więc wybrałam to drugie określenie i dodałam już ten błękit, dla spokoju sumienia i dlatego, żeby nie myliła się z wieszczami z książki, takimi jak August Sader. Nie miałam serca zmieniać jej w „Błękitną Wróżkę”, bo to brzmiało jakoś strasznie plastikowo.

  • J.M. Barrie: Piotruś Pan; tłumaczenie: Maciej Słomczyński; rok wydania: 1958.


Piotruś Pan, Blaszany Dzwoneczek, Rycyna, kapitan Hak, bosman Plama. No tak... Peter Pan jest Piotrusiem Panem we wszelkich wersjach, więc tu nie było problemu. Natomiast Tinkerbell doczekała się własnych disneyowskich produktów w rodzaju filmów i seriali, w których – w polskich wersjach – jest nazywana elegancko Dzwoneczkiem. Nie kryję tutaj mojej najżywszej niechęci do takiego rozmieniania klasyki na tandetę, dlatego też nie chciałam używać tego imienia. W prześlicznym tłumaczeniu, na którym się oparłam, Blaszany Dzwoneczek była też nazywana Blaszanką i Blaszaneczką, a ja wplotłam wszystkie te formy w książkę z efektem, który bardzo mi się spodobał. Natomiast Grzegorz Rycyna to wspomniany wreszcie z imienia ojciec Horta, a znalezienie go okazało się pewnym wyzwaniem. Tłumaczenie jest bowiem typu staroświeckiego, a to oznacza, że imiona piratów (i nie tylko, także innych postaci) często dość daleko odbiegają od oryginalnych. Poradziłam sobie z tym w ten sposób, że znalazłam angielską wersję tej książki (jest już w tzw. wolnej domenie, czyli da się do niej dobrać za darmo), wyszukałam w niej odpowiednie nazwisko, wyszukałam w polskiej wersji odpowiedni fragment – i bingo! Przy okazji, dla ciekawych: Hort od pierwszego tomu przechwala się, że jego ojciec zginął z ręki „samego Piotrusia Pana”. Tymczasem w książce jest to jeden z piratów, którzy zginęli jeszcze przed bitwą na „Wesołym Rogerze”, w walce z czerwonoskórymi. Co by, do licha, Chainaniemu szkodziło wziąć jedno z nazwisk, które padają w odpowiedniej scenie, tego nie wiem – ale znowu podejrzewam, że wybrał sobie losowego pirata-statystę z jakiejś adaptacji filmowej, zamiast sięgnąć do źródła.

  • Roger Lancelyn Green: O Królu Arturze i Rycerzach Okrągłego Stołu; tłumaczenie: Krystyna Turnowska, Andrzej Konarek; rok wydania: 1979.


Można się domyślić... Wszystko, co związane z królem Arturem, Kamelotem i przyległościami. To tłumaczenie także jest stare, a to oznacza spory stopień jego spolszczenia, ale to właśnie mi się w nim podoba. Pewne rzeczy oczywiście nie uległy zmianie – Ginewra to zawsze Ginewra, Merlin to Merlin, a Pani Jeziora także ma jedną utrwaloną wersję swojego przydomku. Jednak już „Eskalibur” zastąpił w późniejszych przekładach „Ekskalibur” albo wręcz „Excalibur”, zaś Kamelot często pozostaje Camelotem. Ja konsekwentnie trzymałam się już nazewnictwa z tej wersji, a z pomysłów autora Akademii zmieniłam tylko jedno – zdrobnienie imienia Ginewry, w oryginale Gwen, zastąpiłam bardziej przejrzystą dla polskiego czytelnika Giną.


Może trochę dziwić, że wybierałam tak stare przekłady, jednak miałam po temu kilka powodów (poza tym, że miałam je na półce i że jestem z nimi od zawsze oswojona). Po pierwsze, jako pewne punkty stałe w książce musiałam oczywiście przyjąć te imiona i nazwy, które mają jedną dobrze utrwaloną polską wersję – czyli takie jak Kopciuszek, Jaś i Małgosia czy Piotruś Pan. Dla czystej konsekwencji starałam się do nich dopasować całą resztę tam, gdzie to było możliwe, chociaż nie przesadzałam w przypadku postaci oryginalnych, czyli np. nauczycieli z Akademii. Po drugie, te wersje „wierniejsze oryginałowi” często wynikają – przepraszam – z lenistwa tłumaczy napisów do „bajek” puszczanych w kanałach dla dzieci, a niewykluczone, że także (jak przypuszczam, ale mogę się założyć) z wymogów właścicieli praw majątkowych do danej postaci, którzy chcą zachowania rozpoznawalnej „marki”. Po trzecie, chociaż może się to wydać całkowicie niepotrzebne, zależało mi na tym, żeby ten świat, w którym rozgrywa się akcja, pozostał umowny i uniwersalny, a nie zamerykanizowany i zangielszczony. Dlatego właśnie nie poszłam na ułatwienia w rodzaju „Eversów” i „Neversów” i dlatego starałam się możliwie zacierać czysto angielskie odniesienia tam, gdzie to było możliwe. Baśnie dzieją się przecież za siedmioma górami, za siedmioma rzekami, dawno, dawno temu.

5 komentarzy:

  1. I pomyśleć, że do tej pory sądziłam, że zawód tłumacza jest łatwy ;P Co do Disneya to co innego czytać dzieciom nieugrzecznione wersje baśni, a co innego pokazywać nieugrzeczniony film :) A "Ostatnie zakończenie" faktycznie brzmi lepiej. Można wiedzieć w jakim miesiącu możemy mniej - więcej spodziewać się kolejnej części Akademii?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem! To jest naprawdę bardzo, bardzo potężna cegła. Wiem, że "arkusze" niewiele mówią, ale dla porównania: "Świat bez książąt" miał trochę ponad 15 arkuszy (pierwszy tom jakoś podobnie), a "Ostatnie zakończenie" ma prawie 24 arkusze. Samo obrobienie tego redakcyjnie zabierze sporo czasu, a jeszcze trzeba to ładnie poskładać z tymi wszystkimi ozdóbkami i czcionkami. Wiem tyle, co wszyscy: że ma być na początku roku, ale założę się, że Jaguarowi będzie zależało na czasie i nie będzie zwlekać bardziej niż konieczne.

      Usuń
    2. Bardzo dziękuję za odpowiedź :) Ta notka naprawdę mnie zachęciła do przeczytania reszty bloga, więc "arkusze" coś mi już mówią.

      Usuń
  2. Ja w sumie też bazuję w dużej mierze na Disneyu :). Nie sądziłam, że tłumaczenie sprawia aż tyle kłopotów! Ale... czy "Gwen" już się nie utarło? Ba ta "Gina" trochę dziwnie brzmi. "Purpurowy" też może powodować skonsternowanie czytelników :), A "Błękitna Wróżka" chyba już gdzieś była, więc...
    Podziwiam Pani pracę i mam nadzieję na szybkie wydanie książki!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękuję!

      Co do "Gwen" - tutaj rzecz polega na tym, że między "Guinevere" a "Gwen" jest w angielskim wyraźne podobieństwo wymowy. Natomiast "Ginewra" wymawia się inaczej i to przejście do angielskiego "Gwen" wydawało mi się jakieś takie niezgrabne. Na szczęście tak czy inaczej dużo tego nie będzie, bo tylko jedna osoba tak ją nazywa, a w książce za dużo się dzieje.

      Usuń