Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Błękitnokrwiści. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Błękitnokrwiści. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 22 stycznia 2013

Raport styczniowy


Odwlekałam zrobienie rocznego podsumowania i im bardziej odwlekam, tym bardziej nie chce mi się za nie brać... W dodatku nie mam specjalnego przekonania, czy coś z niego wynika. Na razie pracuję w miarę moich sił i czasu, nie jest tak, żeby z płacy tłumacza dało się tarzać w kasie, ale w każdym razie wychodzę na swoje, a jeszcze na karmę dla kotów starcza. Jeśli o zeszły rok chodzi, to na pewno jedną z najprzykrzejszych rzeczy dla tłumacza jest, kiedy jego książka się nie ukazuje. Wszystko wskazuje na to, że taki los spotkał dalszy ciąg cyklu Dzieci cienie (czyli oryginalne tomy 5-7, które miały chyba być wydane w dwóch tomach u nas) oraz ostatni tom Strażników Veridianu. Przykre to, ale rozumiem Wydawnictwo, które nie chce wtapiać środków w tytuły, jeśli nie sprzedają się one dostatecznie dobrze.

Z innych wieści: mój "tajemniczy projekt" jest już w oficjalnych zapowiedziach wydawniczych, więc mogę w końcu napisać, że swój dorobek wzbogaciłam o pozycję przełożoną dla samego Wydawnictwa Literackiego, a zatytułowaną W Paryżu dzieci nie grymaszą. Nie jest to powieść, tylko rodzaj luźnych wspomnień połączonych z poradnikiem, spisanych przez Pamelę Druckerman, amerykańską dziennikarkę, która przeniosła się na stałe do Paryża i tam urodziła i wychowuje swoje dzieci. Rzecz strasznie fajna i zupełnie inna niż to, co robiłam do tej pory, pisana bardzo lekkim, ale przy tym charakterystycznym stylem, no i wypchana terminologią związaną z teoriami wychowywania dzieci. Wyszło mi to chyba nieźle, straszna szkoda, że Wydawnictwo nie "przyklepało" mi oblogowania tej książki (mam cichą nadzieję, że to tylko kwestia niedogadania). Oczywiście nie umiem powiedzieć, czy coś z tego wyniknie na przyszłość i czy dostanę jeszcze jakieś propozycje, ale przyznam, że mam nadzieję na jakiś sukces tej książki.

W międzyczasie (czyli jesienią) przełożyłam także książkę, o której nawet nie zająknęłam na blogu, czyli Bramy raju, ostatni tom cyklu Błękitnokrwiści Melissy de la Cruz. Szczerze mówiąc, nie wiedziałam za bardzo, co o niej pisać. Interesująca rzecz była tylko jedna: okazuje się, że można zapomnieć czyjś styl. Pamiętam, że nad pierwszymi tomami cyklu pracowało mi się dość gładko, tu natomiast brnęłam jak przez melasę (melassę?), wyrąbując z trudem każde zdanie. Efekt końcowy jest poprawny, książka na pewno zaciekawi fanów arystokratycznych wampirów jako zamknięcie opowieści, ale ja chyba byłam już trochę tym stylem zmęczona. A może po prostu niekompatybilna z nim?

Poza tym, jeśli wierzyć zapowiedziom Wydawnictwa Jaguar, na dniach powinno ukazać się Endless Summer pod polskim tytułem brzmiącym (chyba) Miłość, flirt i inne zdarzenia losowe. Dostałam natomiast do przekładu kolejną powieść Jennifer Echols, zatytułowaną Forget You, co mnie bardzo ucieszyło: z jej stylem jestem zdecydowanie kompatybilna i robota idzie mi bardzo fajnie. W dodatku mam już pęczek rzeczy, o których będę mogła napisać!

I jeszcze całkowicie na marginesie: przeglądając (zdecydowanie po zbyt długiej przerwie) pulpit Bloggera i panel komentarzy znalazłam trochę komentarzy do dawniejszych notek. Staram się na nie odpowiadać, ale nie wiem - czy to mój layout jest jakiś wadliwy, czy też Blogger nie ma możliwości odpowiadania na komentarze? Tak czy inaczej osoby, którym odpowiadam, raczej się o tym nie dowiedzą. Trudno się mówi.

niedziela, 15 stycznia 2012

Rok 2011 - podsumowanie

Przyszedł czas na podsumowanie roku 2011, czyli nudny post techniczny. Przykro mi!

W zeszłym roku, jak się okazuje, więcej tłumaczyłam niż wydawałam. Nakładem Wydawnictwa Jaguar ukazały się „Zbłąkany anioł. Krwawe walentynki”, czyli połączone w jednym tomie dwie pozycje z cyklu „Błękitnokrwiści” Melissy de la Cruz. Dalej, z trylogii „Strażnicy Veridianu” autorstwa Marianne Curley, ukazały się dwa tomy – „Straż” i „Mrok” (trzeci tom ma chyba wreszcie wyjść w lutym). I wreszcie jesienią został opublikowane – także razem, w jednym tomie – dwa pierwsze tomy cyklu „Dzieci cienie” Margaret Peterson Haddix: „Wśród ukrytych. Wśród oszustów”. Jeśli jednak chodzi o tłumaczenie, to w tym roku przygotowałam trzy tomy „Strażników Veridianu” i pięć tomów (licząc według wydania oryginalnego) „Dzieci cieni”. To razem osiem pozycji, chociaż oczywiście książka książce nierówna – jeden tom „Strażników Veridianu” jest na objętość ponad dwukrotnie większy od jednego tomu „Dzieci cieni”, stąd tak okazała liczba.

Spróbujmy to rozbić na wyliczenie szczegółowe, pamiętając, że strona znormalizowana to 1800 znaków (ze spacjami), natomiast arkusz, czyli podstawa rozliczeń w wydawnictwach, to 40 000 znaków.

1. Straż – 260 stron znormalizowanych, czyli 11,7 arkusza wydawniczego.
2. Mrok – 267 stron, czyli 12 arkuszy.
3. Klucz – 338 stron, czyli 15,2 arkusza.
4. Wśród ukrytych – 109 stron, czyli 4,9 arkusza.
5. Wśród oszustów – 119 stron, czyli 5,3 arkusza.
6. Wśród zdradzonych – także 109 stron, czyli 4,9 arkusza.
7. Wśród notabli – 121 stron, czyli 5,4 arkusza.
8. Wśród odważnych – 155 stron, czyli 7 arkuszy.

Sumując razem, dostajemy 1478 stron (66,4 arkusza), czyli rezultat lepszy niż w zeszłym roku. Inna rzecz, że „Dzieci cienie” tłumaczą się wyjątkowo szybko i bez problemów, co zresztą jest głównym powodem, dla którego nie opisuję procesu ich tłumaczenia. Nie ma czego – siadam, pracuję, siadam, pracuję, książka gotowa. Nie znaczy to oczywiście, że są książką niedobrą, przejrzystość stylu i (co najważniejsze) brak konieczności wymyślania polskich odpowiedników różnych nazw, nie mają żadnego związku z jakością tekstu jako takiego.

Jak łatwo zgadnąć, dysponuję skończoną ilością czasu do pracy, dlatego w tym roku zrobiłam mniej dla firmy Lionbridge – niecałe 530 000 słów (co można nieprecyzyjnie przeliczyć na jakieś 2100 stron). Przede wszystkim dlatego, że niespecjalnie o te zlecenia zabiegałam, zajęta tłumaczeniami, które są jednak zdecydowanie przyjemniejsze niż poprawianie suchych redakcji technicznych.

Poza tym, skoro o czasie mowa, w zeszłym roku nie zajmowałam się w ogóle portalem Tanuki, który w tym roku wrócił w zakres moich obowiązków. Ciekawie byłoby kiedyś podliczyć, ILE właściwie zredagowałam, ale to wymagałoby przekopania się przez tak ogromną liczbę pojedynczych plików Worda (każda recenzja jest zawsze w oddzielnym pliku), że szczerze mówiąc, nie wyobrażam sobie, jak miałabym to zrobić. W każdym razie możemy bezpiecznie doliczyć jeszcze spory kawałek wyjęty z życia na zarządzanie portalem. I nie, pieniędzy z tego nie ma, ale cieszę się, że mogę to robić, a mimo to żyć i zarabiać spokojnie, co na etacie byłoby trudne, w porywach do niemożliwe.

Finansowo żyję mniej więcej tak, jak żyłam (chociaż, co istotne, stawki generalnie od lat się nie zmieniają, więc inflacja pomalutku podgryza moje dochody). Nie nawiązałam współpracy z innymi wydawnictwami, ale też fakt, że nie starałam się tego robić, bo i tak nie miałabym czasu. Nawet w obrębie Jaguara musiałam w tym roku zrezygnować z przetłumaczenia kolejnego tomu „Błękitnokrwistych”, ponieważ nie dałabym radę w zadanym terminie wyrobić się i z nim, i z kolejnym tomem „Dzieci cieni”.

Jeśli chodzi o plany na bieżący rok, to na razie muszę wykończyć jeszcze dwa tomy „Dzieci cieni” – „Wśród wrogów” i „Wśród wolnych”. Mam już na nie podpisane umowy, a z robotą powinnam się zamknąć do końca lutego. Co potem – to wielka niewiadoma, mam w zasadzie obiecane „coś nowego”, chociaż jako urodzona pesymistka uwierzę w to dopiero, kiedy będę miała książki w garści. No i trzymajcie kciuki, żeby tym razem było to coś odrobinę mniej ponurego, a odrobinę bardziej kompatybilnego z moimi upodobaniami!

czwartek, 8 września 2011

O potrzebie maszyny czasu

Odwiedziłam dzisiaj Wydawnictwo. Zasadniczo w celu podpisania umowy na przekład Zagubionych w czasie, ale w tym momencie wynikł problem, który można chyba opisać następującym schematem:

{(przekład 6. tomu Błękitnokrwistych = 2 m-ce => II połowa listopada) + (termin wydania = koniec grudnia)} + {(przekład 3. i 4. tomu Dzieci cieni = kolejne 2 m-ce => koniec stycznia 2012) + (termin wydania = początek stycznia)} = UPS!!!

Tu właśnie ujawnia się dodatkowy problem pracy twórczej, z tłumaczeniami i redakcjami na czele. Mało, że doba nie chce ni diabła mieć 48 godzin – szkopuł w tym, że nawet gdybym stwierdziła, że robię sobie kroplówkę dożylną z zielonej herbaty (kawy nie używam), to i tak powyżej pewnej dziennej normy nie da się pracować. Bo zamiast tekstu wyjdzie dość rozpaczliwa sieczka, za którą Wydawnictwo nie będzie mnie lubiło. Więc wydajność tłumacza sobie, a terminy sobie – Zagubieni w czasie mieli być do tłumaczenia przed wakacjami, ale że się omsknęli, to wyszło jak wyszło. Wydawnictwu zależy na tym, bo i tak minęło już mnóstwo czasu od wydania Zbłąkanego anioła i trzeba ten tom wydać jak najszybciej, dopóki fani jeszcze pamiętają.

Dlaczego w takim razie nie przełożyć Dzieci cieni? To też jest niedobry pomysł. Pierwszy i drugi tom mają się ukazać razem i to na początku października (biorąc pod uwagę, że drugi tom dopiero co oddałam, tempo jest wariackie). Premierze towarzyszy kampania promocyjna z bajerami, na stronie wydawnictwa jest już elegancka zajawka i okładka, na YouTube jest zwiastun… No więc będzie premiera, a co potem? Jeśli oddałabym ten przekład pod koniec stycznia, to realna data wydania dwóch kolejnych tomów (także łączonych) wypadałaby w marcu, czyli o wiele za daleko od premiery i promocji. Oczywiście czasem takie przerwy trzeba robić, jeśli książka po prostu jeszcze nie jest napisana, ale w tym przypadku nie mają one najmniejszego sensu. Przerzucenie dalej Błękitnokrwistych oznaczałoby z kolei kilkumiesięczną zwłokę (Dzieci cienie mają w sumie siedem tomów i zaraz będzie ten sam problem z 5. i 6.).

To są momenty, kiedy potrafi się zrobić niemiło – to ani moja wina, ani Wydawnictwa, ale wychodzi, jak wychodzi. W tym konkretnym przypadku jednak uznałam, że nie ma co utrudniać wszystkim wokoło życia. Jako że Wydawnictwo generalnie współpracą dalszą jest zainteresowane i mam nadzieję, że po pani Haddix dostanę jakiś następny projekt, doszłyśmy do wspólnego wniosku, że najrozsądniej będzie spławić innemu tłumaczowi Zagubionych w czasie. Tak więc – nie będę robiła tego tomu i zamiast tego skoncentruję się na Dzieciach cienia, tym razem już na spokojnie i bez terminów na przedwczoraj.

A w ramach poprawek w ostatnim momencie tuż przed oddaniem do Wydawnictwa drugiego tomu podmieniłam tego „znoska” na „draję”. Uznałam, że „ty drajo!” albo „nie bądź taka draja” brzmi dobrze.

środa, 31 sierpnia 2011

Status sierpniowy

Jak widać, dwa tygodnie urlopu przemknęły, a potem wpadłam głową naprzód w tłumaczenie drugiego tomu Dzieci cienia z jednej strony, a kociołek zleceń z Lionbridge z drugiej, przedzielony próbami opanowania stosika recenzji na Tanuki.

Drugi tom jest po pierwszym tłumaczeniu – teraz jeszcze raz to przeczytać i wio do Wydawnictwa, niech tam się dalej martwią. Nie mam w sumie pojęcia, jaki będzie tytuł polski – Wydawnictwo w zapowiedziach machnęło Wśród kłamców, ja bym chyba wolała Wśród oszustów (z dwojga złego). Zobaczymy, co wygra marketingowo.

Tłumaczenie jako takie szło gładko, przy czym nie wykluczam całkowicie, że mogłam już po prostu się przyzwyczaić do tej roboty. Ale inna rzecz, że to jest dość zgrabnie napisane i nie ma problemu np. ze stałym powtarzaniem jakiejś czynności albo gestu. Koszmarem jest przełożenie dialogu, gdzie każdą kwestię autor opartuje didaskaliami: „popatrzył w górę”, „popatrzyła na niego” , „odwrócił spojrzenie”, „opuściła głowę”, „spojrzał przelotnie w okno”… Człowiek ma wtedy wrażenie, że książka nie jest o ludziach, a o jakichś krętogłowach!

Mam natomiast nowy problem nazywający się „neologizmy”. W tym tomie pojawiają się trzy: lecker, fonrol i exnay. Niestety w dwóch na trzy przypadki nie doszłam do źródłosłowu (chyba tu zresztą nie ma źródłosłowu, tylko fantazja autorki), więc nie mogę sobie pomóc w ten sposób. Nie zdradzając za wiele z fabuły, napiszę tylko, że wszystkie trzy słowa traktowane są jako obelgi, ale w rzeczywistości mają pierwotne, nieobelżywe znaczenie (mniej więcej tak, jak polskie „down” – samo w sobie może być określeniem choroby, ale utarło się po prostu jako obelga niemająca związku z faktyczną chorobą). Dodatkowe utrudnienie polega na tym, że nie mogą się kojarzyć z tym właściwym znaczeniem, bo wtedy byłoby dziwne, dlaczego bohater nie domyślił się, dopóki ktoś mu nie powiedział. Potrzebowałam trzech słów nieistniejących w języku polskim, na tyle potocznie brzmiących, żeby się sprawdzały jako rzucona obelga (czyli krótkie i wygodne do wymawiania) i jakoś pasujących.

Z tego wszystkiego podobają mi się dwa: „pojaw”, którego sama wymyśliłam i który zastępuje exnay oraz podsunięty przez koleżankę ircowo-tanukową „bobok” jako lecker. Z trzecim, czyli fonrol, jest problem: na razie używam „znosek”, ale wydaje mi się, że to nie pasuje do pierwotnie neutralnej funkcji, jaką to słowo miało pełnić. Ono nie jest najważniejsze – o ile pamiętam, dość często w dalszych tomach pojawia się exnay, rzadziej lecker, a fonrol prawie wcale, ale mimo wszystko pomyślę jeszcze, czy nie uda mi się wykombinować czegoś nowego. I podmienić globalnie, zanim jeszcze tekst wyślę.

Z innych wiadomości: oficjalnie oznajmiam, że dotarł do mnie świeżutki pdf zawierający Lost in Time. Tym samym wiem już, czego nie będę robiła, kiedy tylko oddam Wśród oszustów. Otóż nie będę się nudziła, moi kochani… Książki jeszcze nie przeczytałam, rzut oka na początek i koniec pokazał, że autorka chyba trochę zmieniła koncepcję, bo sporo rzeczy się „wydarzyło” pomiędzy tomami, przesuwając początek fabuły tam, gdzie jej pasował (a nie tam, gdzie był w stosunku do ostatnich opisanych wydarzeń). Za to zapowiada się więcej Mimi, a to już coś na pociechę dla mnie.

piątek, 6 maja 2011

Mała apoka... aktualizacja

Tym razem będzie krótko i w większości nie na literacki temat. Może - przy odrobinie szczęścia - uda mi się wrzucić za kilka dni prawdziwą notkę. Nawet mam pomysł o czym... W każdym razie w ramach wyjaśnień ogólnożyciowych, licząc od początku roku dopadły mnie:

- terminy;
- powrót na stanowisko redaktor naczelnej serwisu Tanuki.pl (po prawie rocznej przerwie);
- recenzje do redakcji oraz terminy;
- choroba koteczki;
- terminy, recenzje, jeszcze więcej recenzji;
- śmierć koteczki i nabawienie się bardzo małych kocich dzieciaków ze schroniska;
- wiosenny sezon na anime i koniec sezonu zimowego;
- recenzje w ilości hurtowej (patrz punkt wyżej), terminy w ilości gnębiącej, skrzecząca rzeczywistość w ilości nieznośnej.

W efekcie pewnie trochę przegwizdałam podstawowe założenie tego bloga, czyli blogowanie tłumaczenia. Ale może nic straconego? Sytuacja aktualna:

Błękitnokrwiści - czekam na szósty tom, Lost in Time, który ma wyjść w USA jesienią. To oznacza, że jak dobrze pójdzie, dostanę go w środku lata, żeby nasza premiera była niedługo po amerykańskiej. Melissa de la Cruz potwierdziła podobno, że Błękitnokrwiści będą się składać z siedmiu tomów. Witches of the East End "podebrało" wydawnictwo z Krakowa, więc nie będę się musiała tym zajmować (i chyba mnie to cieszy - sceny erotyczne w Krwawych Walentynkach mi wystarczyły do szczęścia). Jeśli chodzi o "spin-off o Bliss", czyli Wolf's Pact, to chwilowo mało co wiadomo. Pierwszy tom ma być chyba w przyszłym roku, a czy zostanie to wydane i czy ja to będę tłumaczyć - to się zobaczy.

Strażnicy Veridianu - czwartego maja miał się ukazać pierwszy tom, czyli Straż - Empik go dalej listuje jako niedostępny, więc może na okazję świąt wszelakich była lekka obsuwa. Jestem bardzo ciekawa, czy się spodoba i jakie będzie miał recenzje - zawsze grzebię po sieci w ich poszukiwaniu. Drugi tom, Mrok, powinien na dniach trafić do mnie do korekty autorskiej - ma być wydany w połowie czerwca. Nad trzecim, czyli Kluczem aktualnie siedzę i mam zrobioną jakąś połowę "surowego" tłumaczenia. Ogólne przemyślenia, decyzje i problemy powrzucam może następnym razem - trochę tego jest, ale generalnie ta trylogia okazała się dla mnie prostsza niż początkowo sądziłam. Chociaż - ze względu na różnice stylu i tempa czasem odchodzę od oryginału i zawsze wtedy jest pytanie, czy nie za dużo... Ale tłumaczenie literackie nie polega na trzymaniu się oryginału jak pijanu płotu. Zobaczymy, ważne, żeby się to dobrze czytało.

Lionbridge - sytuacja bez zmian, poza tym, że biorę trochę mniej zleceń, bo zajmuje mnie tłumaczenie. Dalej pracuję dla tego samego projektu, o którym więcej napisać nie mogę, bo zabrania mi tego umowa - nie wolno mi zdradzać, jakich klientów ma mój szanowny pracodawca. W każdym razie jestem okopana na z góry upatrzonych pozycjach i zawsze jest to solidna podmurówka miesięcznego budżetu.

Tanuki.pl - o bogowie... Nie narzekam. Sama chciałam. I generalnie jestem zadowolona. Ale bycie naczelną to nie jest tylko tytuł honorowy. Oznacza to, że redaguję wszystkie recenzje anime i mang pojawiające się w tym portalu, a na bis sama niektóre piszę. W efekcie dziennie na Tanuki schodzi mi lekko licząc godzina, a bywa, że i kilka. Tanuki.pl funkcjonuje na zasadzie półamatorskiej - niby nikt za nic pieniędzy nie dostaje, ale udało się skompletować całkiem fachową ekipę. Jeśli uda mi się zmobilizować do pisania, może jeszcze kiedyś coś o tym skrobnę - bo to też jest rodzaj ciekawostki, funkcjonowanie redaktora w serwisie internetowym i w ramach wirtualnej redakcji.

...Przy czym "o ile uda mi się zmobilizować" jest tutaj kluczowe...

środa, 22 grudnia 2010

Aktualizacja - interludium - Rilke

Interludium jest częściowo praktyczne - o cytatach, a częściowo sentymentalne.

Otóż w tomiku "Krwawe Walentynki" w charakterze motta występował sobie cytat z Rilkego. Jeśli w tłumaczonym tekście pojawia się tego rodzaju wtręt - np. fragment wiersza czy jakiejś prozy - tłumacz nie musi go sam przekładać. Więcej - nie powinien tego robić, jeśli istnieje dobre, zakorzenione tłumaczenie. Powiedzmy, że trafiam na kilka wersów z Szekspira - głupio byłoby się z nimi mierzyć, skoro mamy do dyspozycji Paszkowskiego czy Barańczaka. Oczywiście tłumacz nie może sobie przypisywać cudzej pracy, ale też nie musi (dopóki to jest cytat) biegać i pytać Barańczaka o zdanie. Po prostu wpisuje się znalezione tłumaczenie i daje przypis, że (tłum. S. Barańczak). Wolno tak zrobić.

Jeśli natomiast dany cytat nie ma odpowiednika w języku polskim, należy go przełożyć na własną rękę, o ile to ma sens. Na przykład w cyklu "Błękitnokrwiści" autorka praktycznie w każdym tomie daje jakieś motto z angielskiej piosenki jakiegoś współczesnego zespołu. Ustaliłam z Wydawnictwem, że nie będę tego tłumaczyć - bo zamiast ułatwić czytelnikom życie, utrudniłabym je, ponieważ jest znacznie większa szansa, że rozpoznają fragment znanej sobie piosenki niż że domyślą się go po moim (lepszym lub gorszym) tłumaczeniu.

Rilkego natomiast wypadało znaleźć. Cytat był o samotności i miłości, a pochodził ze zbiorku epistolarnego "Listy do młodego poety". Jak łatwo zgadnąć, nie miałam czegoś takiego w domu, więc uznałam się za zmotywowaną dostatecznie, aby odwiedzić Bibliotekę Uniwersytecką w Warszawie, czyli moje dawne miejsce pracy. Wizyta była sympatyczna, porozmawiałam ze znajomymi, nie posłuchałam plotek (czyżby naprawdę nic takiego się nie działo?) i wyszłam w przeświadczeniu, że są miejsca, które zmieniają się bardzo niewiele. Oraz że BUW pod wieczór, kiedy pomału zamiera ruch, a nieliczni czytelnicy siedzą cichutko pod lampami, wtuleni między regały, to zdecydowanie fajne miejsce.

Niestety jednak okazało się, że popełniłam błąd taktyczny. Powinnam była na podstawie angielskiego cytatu ustalić precyzyjnie, z jakiego konkretnie listu i fragmentu pochodzi ten kawałek - to nie byłoby trudne, gdybym wyłowiła w sieci jakiegoś pdf-a. Potem wystarczyłoby znaleźć odpowiednie miejsce w polskim wydaniu i moje życie stałoby się proste. Uznałam jednak optymistycznie, że jak znajdę ten kawałek o samotności i miłości, to będzie to. Nie przyszło mi do głowy, że Rilke miał na punkcie tej przeklętej samotności prawdziwą obsesję. Pławił się w niej, uważał za niezbędną dla twórczego procesu poetyckiego, napawał się nią i opisywał praktycznie w każdym liście, z najdrobniejszymi szczegółami. Nie znalazłam tego, czego szukałam - może przeglądałam tomik niedokładnie, może rzecz była zmieniona w przekładzie, a może sama Melissa de la Cruz coś tam pozmieniała, żeby jej lepiej pasowało. Przełożenie zdania na własną rękę nie wchodziło w grę - kwiecisty styl Rilkego sprawiał, że całkiem serio nie byłam do końca pewna, co (poza miłością i samotnością) miał na myśli. Ostatecznie wyszukałam inne zdanie z tego zbiorku, ładnie mówiące o miłości (bo te o samotności mnie irytowały) i wstawiłam jako motto, uznając to za niewielkie stosunkowo nadużycie (i uczciwie informując Wydawnictwo o tym fakcie).

Nie byłam także zadowolona z wyników poszukiwań informacji (na potrzeby mojej trylogii), czy "Great Hall" w Pałacu Westminsterskim ma jakąś polską nazwę. Możliwe, że powinnam była wybrać się do BUW w godzinach dyżurowania informatorki z Nauk Historycznych, ale ostatecznie doszłam tylko do tego, że interesująca mnie sala nazywa się zwykle "Westminster Hall", czyli ewentualnie "Hall Westminsterski". Mniejsza nawet o to, że taka nazwa jest okropnie niewygodna do stosowania w narracji książki. Gorzej, że jest chyba anachroniczna, czyli niepasująca do czasu, w jakim się dzieje akcja. Akcja bowiem (a w każdym razie jej fragmenty) toczy się w wieku XIV. Tymczasem obecny Pałac Westminsterski został przebudowany po potężnym pożarze, a w jego kształt wkomponowano kawałki, które ocalały z dawnego pałacu, w tym rzeczoną salę. Co za tym idzie, ona w XIV wieku wcale nie musiała się nazywać Westminster Hall - nie zdziwiłoby mnie, gdyby tej nazwy używano współcześnie, dla podkreślenia, że jest to część dawnego Pałacu Westminsterskiego. Ale trudno - polecimy z Westminster Hall, bo przynajmniej wtedy dociekliwy czytelnik będzie miał szanse znaleźć więcej informacji.

wtorek, 21 grudnia 2010

Aktualizacja cz. 1 - Błękitnokrwiści

Usprawiedliwień nie będzie, bo i chyba nie mam się specjalnie przed kim i po co usprawiedliwiać. Nie będzie także relacji dotyczącej życia osobisto-prywatnego, chociaż mogę chyba napisać, że zaczęłam (dla odmiany) nosić naprawdę krótkie włosy i naprawdę długie kolczyki. Nie będzie także relacji z planu mojej "Trylogii", bo to zostawiam na ciąg dalszy.

A zatem: aktualizacja dotycząca wampirologii stosowanej. "Zbłąkany anioł" będzie tytułem ostatecznym, z czego jestem zadowolona, bo sama go wymyślałam. Kilka dni temu oddałam korektę autorską, a premiera jest planowana na styczeń 2011 - przy czym dodatkowe zawirowania wynikają z szalenie prozaicznych problemów ze zmianą stawki VAT na książki. Na stronie Wydawnictwa pojawił się krótki opis (mojego autorstwa!) oraz okładka, która wydaje mi się całkiem udana. To znaczy także, że moja praca nad tym tomem jest zakończona - reszta to sprawa Wydawnictwa drukarni, a potem pozostaje tylko czekać na jakieś opinie.

"Bloody Valentine" zostaną wydane jako "Krwawe Walentynki", co jest tytułem pozbawionym większego sensu, ale za to chwytliwym. Ma też dodatkowe dwie zalety. Po pierwsze, jest dokładnym przekładem oryginalnego, a czytelnicy zwykle tego oczekują, nie do końca potrafiąc zrozumieć, dlaczego wprowadzane są zmiany. Po drugie, rzecz ma się ukazać w lutym 2011, co chyba sporo wyjaśnia... Przez czas, jaki upłynął od ostatniej notki, zdążyłam nie tylko ten drobiazg przetłumaczyć, ale nawet wykończyć korektę autorską (fakt, że jeszcze jej nie oddałam...), więc tutaj także z mojej strony robota skończona. Okładka i opis (tym razem Joanny od Jaguara) oczywiście są, chociaż podobno okładka może jeszcze ulegać jakimś kosmetycznym zmianom.

To znaczy, że na razie wyszłam na czysto z wampirami, a także - że mam spokój na czas dłuższy. Z informacji zamieszczonych na końcu oryginalnych "Krwawych Walentynek" wynika, że szósty tom, "Lost in Time", planowany jest obecnie dopiero na październik 2011. Nawet biorąc pod uwagę, że pewnie tak jak w przypadku "Zbłąkanego anioła" dostanę go do tłumaczenia wcześniej, nie sądzę, żeby pojawił się wcześniej niż za co najmniej pół roku. Z kolei "Wilczy pakt" (ten spin-off o Bliss), który wcześniej zapowiadany był na wiosnę 2011, zgodnie z nowymi informacjami przesunął się na kwiecień 2012 - przy czym nie przywiązywałabym specjalnej wagi do tak odległych dat! Na lato 2011 planowany jest nowy cykl Melissy, luźno zazębiony z "Błękitnokrwistymi" - "Witches of East End". Pewnie będzie wydawany w Polsce, pytanie, czy ja go dostanę, zostaje otwarte. Uczciwie mówiąc, nie wiem, czy się przy tym upierać - może dobrze, żeby ktoś inny się wykazał? Ale z drugiej strony, jestem już przyzwyczajona do stylu Melissy i idzie mi to szybko. W planach jest także wydanie pierwszego tomu "Błękitnokrwistych" jako "graphic novel", oczywiście także i u nas. Czy i na ile będzie to wymagało mojego udziału - pojęcia nie mam.

czwartek, 28 października 2010

Krwawa niespodzianka

Powinno być o "mojej" trylogii, której pierwszy tom niedawno zaczęłam tłumaczyć. Temu blogowi należy się relacja, jak psu micha, bo przecież właśnie w celu pokazania od początku, jak przebiega tłumaczenie, został założony. A najlepiej do celów pokazowych nadaje się nowa pozycja, a nie kolejny tom cyklu, przy którym żadne nowe decyzje nie są potrzebne.

Niestety, najpierw dopadła mnie redakcyjno-techniczna rzeczywistość, która zaskrzeczała i przysypała mnie najpierw toną tak zwanych "helpów" do sprawdzenia, a potem czymś jeszcze bardziej upiornym. Spędziłam upojne trzy dni na sprawdzaniu kilku tysięcy nazw geograficznych z całego świata, pod kątem poprawności znaków diakrytycznych (takich jak ñ, ö czy é) oraz ewentualnego istnienia polskiej wersji.

Dałam sobie z tym radę i zajęłam się z powrotem "The Named", rozważając różne opcje dotyczące tytułu - ale to temat zupełnie oddzielny, który chyba musi poczekać. Albowiem przedwczoraj w mojej skrzynce wylądowała niespodzianka w postaci kolejnego dzieła pani Melissy de la Cruz. Tak, z cyklu "Błękitnokrwiści".

Rzecz nosi tytuł "Bloody Valentine" i nie do końca zasługuje na miano powieści. Po pierwsze, jest bardzo nieduża. Objętość książek mierzy się w tak zwanych arkuszach wydawniczych albo edytorskich - jeden arkusz to 40 000 znaków, liczonych razem ze spacjami ("strona znormalizowana" to 1800 znaków). Ta pozycja ma w oryginale zaledwie 3,3 arkusza - dla porównania "Zbłąkany anioł" to 7,9 arkusza, a najgrubszy z dotychczas wydanych tom, "Dziedzictwo" - prawie 11 arkuszy. Po drugie, składa się z trzech odrębnych opowiadań - dwa dzieją się "w linii fabularnej", czyli po zakończeniu wydarzeń ze "Zbłąkanego anioła", trzecie rozgrywa się w przeszłości i zawiera (zapewne bardzo oczekiwaną) historię pierwszego spotkania Allegry i Bendixa (czyli Stephena).

Warto podkreślić, że w oficjalnej numeracji to nie jest tom szósty. Zawarte tu historie, podobnie jak opowiadania zamieszczone w "Kluczach do Repozytorium", poszerzają wiedzę o świecie, ale nie są absolutnie niezbędne do zrozumienia dalszej fabuły. Za to, biorąc pod uwagę ich koncentrację na wątkach romantycznych, powinny stać się niezwykle pożądanym nabytkiem dla każdego fana tej serii.

Biorąc pod uwagę, że "Zbłąkany anioł" (właśnie - Wydawnictwo rozważa zmianę tytułu, więc ten nie jest ostateczny!) ma się ukazać w styczniu, "Bloody Valentine" jest planowane, bardzo stosownie, na luty. Nie mam natomiast pojęcia, pod jakim ostatecznie tytułem. Problem polega na tym, że tak naprawdę akcja żadnego z opowiadań nie dzieje się w pobliżu Walentynek - tytuł jest nawiązaniem albo do filmu zatytułowanego "My Bloody Valentine" (w Polsce znanego jako "Krwawe Walentynki"), albo też do zespołu muzycznego o tej samej nazwie. Tak czy inaczej mam wątpliwości, czy tytuł "Krwawe Walentynki" ma sens, skoro żadnych Walentynek w środku nie uświadczysz. A jeśli nie, to co innego? Roboczy pomysł to "Krwawe zaślubiny", ale wiem, że Wydawnictwo woli tytuły jednowyrazowe. Więc jeszcze się zobaczy.

sobota, 16 października 2010

Sprawy formalne i trylogia

Wizyta w Wydawnictwie przyniosła (oprócz papierkologii) także egzemplarz Dziedzictwa (wcześniej dostałam tylko jeden) oraz dwa egzemplarze Kluczy do Repozytorium. Wreszcie na własne oczy mogłam się przekonać, że rysunki wyszły jak trzeba (wszystkie te tabelki widziałam złożone już wcześniej, w korekcie autorskiej), pojedyncze słowo w alfabecie arabskim, którego nie mogłam wpisać w Wordzie, znalazło się na swoim miejscu (ciekawe, ile osób je zauważy!), a nieliczne poprawki zostały ładnie naniesione. Jedynym problemem może być zamieszczona na dwóch stronach "Mapa rozmieszczenia Bram" - tak się pechowo złożyło, że wszystkie europejski i bliskowschodnie lokalizacje, istotne dla późniejszej akcji (sądząc po tym, co było w Zbłąkanym aniele) wypadły na środku, w zgięciu książki - i bez jej całkowitego zrujnowania trudno je obejrzeć dokładnie.

Półoficjalnie dowiedziałam się, że polska premiera Zbłąkanego anioła jest planowana na początek przyszłego roku - na pewno nie zmieści się w 2010. Kiedy dokładnie, to już zależy od wielu ponurych i nieciekawych czynników całkowicie pozamerytorycznych. Na pociechę pozostaje tylko moje osobiste zapewnienie, że piąty tom otwiera nowe wątki, praktycznie nie kontynuując tych z czwartego. Innymi słowy, znacznie mniej bolesne jest czekanie po tomie czwartym na piątym, niż będzie czekanie po piątym na szósty - bo Zbłąkany anioł to raczej przystawka do kolejnego dania niż solidny posiłek.

Całkiem oficjalnie natomiast pozwolono mi napisać, czym będę się zajmować w najbliższej przyszłości. Tajemnicza trylogia, o której tyle razy wspominałam, jest autorstwa pani Marianne Curley i nosi tytuł Guardians of Time. Po polsku to na pewno nie będą "Strażnicy Czasu" - o ile w samej książce ten termin zostanie, o tyle nie ma sensu, żeby ludziom się z pewnym filmem myliło. Czy Strażnicy Veridianu nie brzmi zachęcająco? Tak czy inaczej to jeszcze nie jest tytuł ostateczny, jeszcze nad nim pomyślę. Mam czas - termin na pierwszy tom mam wstępnie do końca stycznia, czyli przewidywana data premiery to jakaś pierwsza połowa przyszłego roku. Obstawiałabym gdzieś między kwietniem a czerwcem, ale to w tym momencie moje niepotwierdzone domysły. No i może się przesunąć z najrozmaitszych przyczyn.

A w ogóle to istnieje coś takiego, jak "za dużo roboty"... Marzę o tym, żeby się swobodniej rozpisać o pierwszym tomie, a jeszcze bardziej - żeby go "nadgryźć" tłumaczeniowo. Ale to już nie tym razem.

czwartek, 7 października 2010

Cerowanie i łatanie

Tymczasem miała już miejsce premiera Kluczy do Repozytorium - naprawdę ekspresowo, biorąc pod uwagę, kiedy to oddawałam. Nie widziałam jeszcze egzemplarza na oczy, więc jestem ciekawa, jak wyszły te wszystkie koszmarne tabelki. Ale co się odwlecze, to nie uciecze - będę w Wydawnictwie, to swoje egzemplarze dostanę.

Jeśli natomiast idzie o Zbłąkanego anioła, to jeśli nie wydarzy się jakaś potężna katastrofa i niebo nie zleci mi na głowę, wyląduje w Wydawnictwie jakoś w przeciągu tygodnia. W tej chwili przeprowadzam mu drugie czytanie i szlifowanie, a to chwilę zajmie, ale już nie aż tak długo. A potem nie ma się co rozczulać. Zawsze przy każdym kolejnym czytaniu daje się coś poprawić, więc trzeba wiedzieć, kiedy należy już machnąć ręką i wypchnąć tekst, żeby mogła go poobrabiać redaktorka.

Swoją drogą, wśród mniejszych i większych decyzji pozostają zawsze na nowo pytania, czy i na ile tłumaczowi wolno poprawiać autora. Oczywiście zauważyłam już dawno, że nadmierne czepialstwo nie ma sensu. Jeśli na przykład w książce w jednym miejscu jest mowa o tym, że dzięki wampirzej szybkości można pokonać 50 km w pół godziny, a kawałek dalej okazuje się, że 150-kilometrowa wędrówka, przy tejże szybkości ma zająć tydzień (a ostatecznie większą część dystansu postaci pokonują w czasie "krótszym niż machnięciem skrzydeł motyla"), to mnie to razi. Ale chyba tylko mnie - tego typu rzeczy w książkach Melissy de la Cruz zdarzają się całkiem często i nie pamiętam, żeby jakakolwiek czytelniczka miała o to pretensje. Prawdopodobnie to w dużej mierze wina mojego krytyczno-analitycznego umysłu.

Czasem sprawa jest czysto specjalistyczna. Autorka na przykład wprowadza pojęcie tryglifu (org. "triglyph") w znaczeniu "symbol składający się z trzech elementów". Problem polega na tym, że takie słowo istnieje - i po polsku, i po angielsku - tylko znaczy zupełnie coś innego. To nazwa elementu architektonicznego, jak twierdzi odpowiedni artykuł Wikipedii. Byłoby dobrze, żeby ktoś zafascynowany ślicznie brzmiącym słówkiem nie zaczął go używać w złym znaczeniu. Dajemy przypis? Pomyśli się, zasugeruję to chyba redakcji.

Co jednak, jeśli trafiam na rzecz, którą na pewno zauważą czytelnicy w Polsce? Otóż po fabule plącze się wspominany przeze mnie już kiedyś zakon petruwiański, a jego przedstawicielem jest... No właśnie. Autorka najwyraźniej nie odróżnia "zakonnika" od "księdza", traktując te słowa całkowicie zamiennie. W sumie to nie jest takie dziwne - w Stanach działa Kościół Katolicki, ale jest też w ramach samego chrześcijaństwa niezliczona mnogość odłamów, sekt i jak je tam jeszcze zwał. Niekoniecznie każdy musi się orientować, w jaki sposób powinna działać hierarchia. Tu jednak rzeczony osobnik ma... naście lat. Nastoletni zakonnik to już rzecz wystarczająco naciągnięta, bo jestem dziwnie pewna, że osoba niepełnoletnia ślubów zakonnych składać nie może. Ale powiedzmy, że biorąc pod uwagę jego historię i sytuację, można to w dużym naciągnięciu przyjąć (rodzaj nowicjatu?). Jednakże jeśli zacznę pisać o nastoletnim księdzu, to już chyba nawet najmniej spostrzegawcze polskie czytelniczki stwierdzą, że coś tu jest troszkę... bez sensu. Ponieważ tenże pan żadnej mszy nie odprawia, uznałam, że nie będzie zbyt dużym nadużyciem traktowanie każdego oryginalnego priest jako "zakonnika" zamiast "księdza". To się zresztą nie wyklucza (zakonnik może być wyświęcony na księdza) - więc jeśli w kolejnym tomie się okaże, że to jednak musi być ksiądz, przejdzie się na tego księdza raczej bezboleśnie.

środa, 22 września 2010

Triple combo

Potrójna kombinacja przyjemnych wydarzeń, więc ten post będzie poświęcony przechwalaniu się.

Po pierwsze, dostałam właśnie pachnący drukarnią egzemplarz Dziedzictwa. Jest stosunkowo opasły (370 stron!), ale bardzo ładnie złożony. Nie chodzi mi tylko o smoczki (znaczy, małe smoki, nie akcesoria dla dzieci, cykl nie doszedł jeszcze do etapu, gdzie byłyby potrzebne) na marginesach. Podoba mi się, że udało się zrobić ten tom nie tylko identyczny wymiarowo, ale i dość podobny objętościowo do poprzednich. Owszem, przesadzam z estetyką, ale dzięki temu całość na półce prezentuje się zgrabnie i przyciąga oko. Trzeba teraz poczekać trochę, aż się to rozdystrybuuje po księgarniach i czytelnikach, a potem łowić w sieci recenzje i opinie. Szkoda, że nikt nigdy nie pisze słowa o samym przekładzie (niechby i krytycznego) - ale wszytkie te "dobrze się czyta" traktuję zawsze jako pochwały pod swoim adresem.

Po drugie, w charakterze wymiany jeńców oddałam Wydawnictwu wspomnianą wcześniej korektę autorską Kluczy do Repozytorium, zrobioną zresztą w przyjemnie rekordowym czasie. Notabene nie do końca jestem z tego przekładu zadowolona, ale nie ma rady: w zwykłej książce można "zaczarować" problem powtórzeń, przebudowując trochę zdania. W przypadku czegoś składającego się z konkretnych i precyzjnych opisów wierność idzie na pierwszym miejscu. Więc powtórzeń jest więcej niż by mi odpowiadało, pytanie tylko, ilu osobom poza mną to będzie przeszkadzać. No i niestety ten egzemplarz nie miał jeszcze poskładanych mapek - ciekawa jestem, jak wyjdą.

Po trzecie natomiast skończyłam "pierwsze tłumaczenie" Zbłąkanego anioła (nadal przed premierą amerykańską - ha!). To nie znaczy oczywiście, że zostanie on wydany w najbliższym czasie. Nie znaczy nawet, że w najbliższym czasie zostanie oddany do wydawnictwa, bo przekład jest w stanie, który nazywam "surówką" i nie nadaje się na razie do pokazywania światu. Różni tłumacze mają pewnie różne metody, ale ja zawsze przechodzę książkę przynajmniej trzy razy. Za pierwszym po prostu ją czytam, bo tłumaczenie czegoś, czego się najpierw nie przeczytało do końca, uważam za pomyłkę. Za drugim przekładam, a właściwie "przerzucam" na polski. Celowo nie wykańczam zdań, które sprawiają mi jakieś problemy, tylko tłumaczę tak, żeby zachować ich sens, czasem stosuję tylko oznaczenia, że "tu ma być przełożony termin", jeśli muszę się nad czymś zastanowić. Po skończeniu tej fazy odkładam tekst na jakiś czas - przynajmniej tydzień-dwa. To w ogóle zawsze dobra metoda, także jeśli się coś pisze. Zrobić przynajmniej dzień albo dwa dni przerwy i przeczytać jeszcze raz. Świeżym okiem można dostrzec znacznie więcej i to naprawdę pomaga poprawić efekt końcowy. Na tej zasadzie właśnie Zbłąkany anioł leży sobie spokojnie na dysku i czeka. Jak dojrzeję, to zacznę go szlifować.

poniedziałek, 20 września 2010

Klucze w procesie (wydawniczym)

Klucze do Repozytorium dorobiły się nowej okładki, którą można podziwiać na oficjalnym blogu serii, o tutaj. Zmiana jest kosmetyczna - minimalna korekta układu i kadrowania plus dopisek, iż są to "tajne zapiski z archiwum wampirów". Na wypadek, gdyby ktoś pomylił tę książkę z piątym tomem serii i poczuł się rozczarowany. Fakt, nie zawierają ciągu dalszego, ale poza biogramami postaci i słowniczkami pojęć rozmaitych znalazło się tam kilka opowiadań, pokazujących sceny dziejące się w dotychczasowej fabule "poza kadrem", a przypuszczam, że samo to już wystarczy za zachętę.

Skoro jednak o Kluczach... mowa, to właśnie dzisiaj dostałam to do korekty autorskiej. Więc przy okazji parę słów o tym, z czym się jada tak zwany proces wydawniczy. Oczywiście, w dużym uproszczeniu.

Pierwszy etap zapewne jest oczywisty dla każdego laika. Autor pisze książkę lub też tłumacz książkę tłumaczy, po czym gotowy tekst ląduje w wydawnictwie. Dawniej lądował jako maszynopis (absolutnie bezcenny, ponieważ będący w tym momencie jedyną kopią!), teraz ląduje zwykle jako plik Worda. W popularnym mniemaniu wydawnictwo sprawdza wtedy, czy tłumacz/autor nie popełnił błędów ortograficznych, pakuje wydruk w okładkę i sprzedaje... Brrr, zimno mi się robi na myśl o czymś takim.

Tak naprawdę tekst w wydawnictwie trafia do tak zwanej redakcji merytorycznej. To nie jest łapanie literówek (chociaż oczywiście, jeśli redaktor jakąś zobaczy, to tłucze). Redaktor merytoryczny jest osobą odpowiedzialną za jakość i poprawność wydania - nie ma, że się zwali na tłumacza. Redaktor sprawdza, czy nie wkradły się błędy gramatyczne lub stylistyczne oraz poprawia tekst, przebudowując, dzieląc, łącząc i wyginając zdania. Redaktor także sprawdza wszystko to, czego nie raczyli sprawdzić tłumacz lub autor. Jeśli w książce mowa jest o - bo ja wiem - Bitwie pod Grunwaldem, która miała miejsce w 1610 roku, to zadaniem redaktora jest sprawdzić to i poprawić datę. Jasne, redaktor nie jest wszechwiedzący, ale powinien zdecydowanie zmierzać w tym kierunku. No i najważniejsze: przy tym wszystkim redaktor nie może "zabić" tekstu. Musi szanować indywidualizm autora i tłumacza, a nie zmieniać wszystko tak, jak on to uważa za stosowne. I zgadzam się, że praca redaktora jest znacznie trudniejsza niż by się mogło wydawać.

Tu jeszcze jedna dygresja: upiorną pomyłką zaszczepianą przez niezliczone "panie od polskiego" jest przekonanie, że dobry tekst to taki, w którym nie ma poprawek. To się sprawdza tylko w wypracowaniach szkolnych. Każdy tekst i każdy przekład można poprawić i nie znaczy to koniecznie, że tłumacz albo autor odwalili fuszerkę. Jeśli więc kiedykolwiek spróbujecie gdzieś posłać swój tekst i wróci on do Was z poprawkami, nie zakładajcie, że coś było z nim nie tak. Gdyby naprawdę uznano, że jest do niczego, nie zawracano by sobie głowy poprawkami, tylko odrzucono go na starcie.

Po redakcji tekst zwykle wraca do autora/tłumacza do zatwierdzenia poprawek. Bywa jednak, że - tak jak w przypadku Błękitnokrwistych ten etap jest pomijany. Po ewentualnym dogadaniu się między autorem/tłumaczem a redaktorem tekst leci do składu. Czyli tego etapu, kiedy zaczyna wyglądać jak książka - z ładnym podziałem wierszy na stronach (żeby nie została ostatnia linijka rozdziału na nową kartę!), wstawieniem ewentualnych ilustracji czy innych dodatków, zrobioną stroną tytułową i tak dalej.

Złożony tekst jest wysyłany do korekty - to etap jeszcze jednego sprawdzenia poprawności, ale tym razem w zasadzie głównie pod kątem przecinków, literówek i podobnych usterek. Albo tekst po składzie (równolegle z korektą), albo tekst po korekcie jest wysyłany do korekty autorskiej. Czyli ląduje z powrotem u redaktora lub tłumacza, a on sprawdza, czy wszystko się zgadza i czy przypadkiem sens gdzieś się nie zgubił w tych wszystkich przeróbkach. Nanosi wtedy własne poprawki i przyklepuje całość, wysyłając do redaktora. Redaktor nanosi ewentualne poprawki autora (tekst ma w tym momencie postać wydruku, nie dokumentu, więc poprawki trzeba przenieść do wersji elektronicznej) i na wszelki wypadek wysyła tekst jeszcze raz do korekty(!). Na koniec następuje rewizja - nie polega już na czytaniu tekstu, tylko sprawdzeniu na 100%, czy poprawki z korekty i korekty autorskiej są tam, gdzie być powinny. Jeśli są, tekst trafia do druku.

niedziela, 12 września 2010

O moście na literę B, czyli zabawa słowem

Pewnie kiedyś znajdę bardziej interesujące przykłady, ale we wczorajszej porcji tłumaczenia trafiło się coś ciekawego. Jak zwykle nie chodzi o rzecz kluczową dla fabuły. Ot, bohaterka patrzy na kursy oferowane przez szkołę...

Zaraz, może mała dygresja. Szkoła amerykańska dość zasadniczo różni się od szkoły polskiej. W liceum, w college'u i na uniwersytetach nie ma, tak jak u nas, specjalności czy wydziałów. Zamiast tego uczniowie/studenci mogą sobie wybierać pasujące im zajęcia, przy czym czasem do wybrania kursu X trzeba mieć zaliczony kurs Y, a żeby otrzymać jakiś tam stopień trzeba mieć określony pakiet zrobiony. Jednakże całość jest znacznie bardziej "płynna", co sprawia też problemy w przekładzie - przedmioty, których się uczą bohaterowie, często nie bardzo przypominają przedmioty znane z naszej szkoły. Szczególnie jeśli liceum jest pod tym względem pomysłowe.

A więc patrzy ta bohaterka na kursy i widzi, że Her first class was The Spirit of the Self, a humanities elective for upperclassmen. Dalej stwierdza, że ma do wyboru Debating Decisions (ethics), Movement and Motion (a dance class) or From Barriers to Bridges (an English class). W tym momencie rola tłumacza jest jasna: trzeba to przełożyć w taki sposób, żeby zachować te aliteracje.

Wszelkiego rodzaju zabawy językiem w oryginale mogą być przez tłumacza postrzegane jako pain in the ass oraz koszmar nocny, ale też stanowią jakieś wyzwanie. Ten przypadek jest stosunkowo prosty: czasem w ogóle dosłowne tłumaczenie nie jest możliwe, bo oryginał odwołuje się do podobieństwa między słowami, które w polskim nie istnieje. Tutaj wystarczy zachować aliterację (czyli dwa słowa w nazwie kursu muszą się zaczynać na tę samą literę), no i jakieś sensowne powiązanie z tematem podanym w nawiasie.

The Spirit of the Self to pierwszy z dwóch trudniejszych przypadków. Chodzi o niesprecyzowany przedmiot humanistyczny, a dosłowne tłumaczenie to Duch (albo Dusza) samego siebie. Główny problem polega na tym, że słówko self nie tłumaczy się dobrze na polski, będąc głęboko zależne od kontekstu. Po dłuższym zastanowieniu uznałam, że trzeba sobie z self w ogóle dać spokój. Zostaje nam duch lub dusza, przy czym to drugie jest lepsze, bo nie kojarzy się z duchami w białych prześcieradłach. Trzeba dopasować coś do tego. Metodą prób i błędów została w końcu wybrana Drzemiąca dusza - zachowana aliteracja, zachowane luźne dopasowanie do oryginału, za to zgubiony dosłowny przekład.

Debating Decisions oraz Movement and Motion okazały się o wiele prostsze. Pierwsze to etyka, a po polsku akurat obie części składowe brzmią prawie identycznie. Może tylko Debatowanie decyzji nie jest szczególnie zgrabne, dlatego zostało Debaty i decyzje. Drugi kurs po polsku tłumaczy się jako... Ruch i ruch - nic nie poradzę, tak wychodzi. Ale skoro to lekcje tańca, to Ruch i rytm wydało mi się całkiem stosowne.

Problemem okazało się za to From Barriers to Bridges. Skoro miało dotyczyć literatury angielskiej, to zapewne chodziło o to, że literatura może dzielić albo łączyć. I to by należało zachować, ale po polsku bariera i most za diabła nie chcą się zaczynać na tę samą literę. Po nastraszeniu iluś znajomych pytaniem, czy nie znają synonimu słowa "most", zaczynającego się na "b" (ewentualnie synonimu słowa "barykada", zaczynającego się na "m") uznałam, że czas na plan awaryjny. Jeśli nie barykada i most, to co innego? Nie most, to może pomost... I przeszkoda? Jakoś marnie, bo przeszkody są różne, niekoniecznie fizyczne. Palisada? Od palisad do pomostów - trochę przekombinowane, ale na razie nic lepszego nie mam. Kolejna runda wygrana...

czwartek, 9 września 2010

Nawarzone piwo

Dzisiaj dowiedziałam się czegoś nowego o piwie. Ja się domyślam, że wiele osób może przypuszczać, że najtrudniejsze w pracy tłumacza są te piękne sceny, kiedy bohater zapewnia bohaterkę o swej niegasnącej miłości - albo na odwrót. Oczywiście, sceny emocjonalne (o erotyzujących nie wspominając) potrafią być trudne, ale o nich może innym razem. Tym, co naprawdę uprzykrza życie tłumaczce, są drobne wtrącenia gdzieś na marginesie, mało istotne dla fabuły, ale z uczciwości zawodowej konieczne do rozplątania.

Oto bowiem jakaś postać przynosi na stół three pints of dark and bitter ale topped with a gold lager. Black and Tans they called them. I co z tego? No właśnie nic, piwo stoi sobie, postaci rozmawiają o czymś innym. Ale przetłumaczyć trzeba. Intuicja mówi, że chodzi o ciemne piwo (ale, nie mamy oddzielnych słów na ciemne i jasne piwo po polsku) ze złotą pianką... Stop. Lager to piwo jasne pełne. Czyli co my tu mamy? Trzy ciemne i trzy jasne piwa? Jakąś mieszankę? Czy piwa się miesza? O piwie wiem tylko tyle, że ma cudowny kolor i nie biorę go do ust, bo mi kompletnie nie smakuje. Ostateczna odpowiedź jest całkowicie nieintuicyjna. "Black and Tan" to ciemne i jasne piwo warstwami w jednej szklance. Tak, też mi się to wydawało niemożliwe, ale obrazek na angielskiej Wikipedii wyglądał przekonująco. Zdaje się, że można coś takiego uzyskać dzięki ostrożnemu nalewaniu i różnicy temperatur (a co za tym idzie - gęstości) dwóch rodzajów piwa. Tłumaczka : przekład - 1 : 0.

piątek, 3 września 2010

Skórka niewarta wyprawki

Tak jak myślałam, po przewalczeniu kilku rozdziałów dalsze poszły już błyskawicznie. Po trochu dlatego, że nie zawierały już podstępnych niespodzianek, po trochu dlatego, że weszłam w rytm. Oczywiście (o czym kiedyś przy okazji) nie uważam gotowego w tym momencie tekstu za przetłumaczony. Na razie jest "przerzucony" z angielskiego na polski, z największą dokładnością, na jaką mnie było stać. Przerobienie go na formę akceptowalną dla wydawnictwa to następny etap. No, ale ileś rozdziałów jest już zrobionych i właśnie porzucam jeden wątek na rzecz drugiego, który dla mnie prywatnie jest znacznie ciekawszy.

Z drobiazgów, które zostały do rozstrzygnięcia, warto wymienić miejsce nazwane przez autorkę "Hellsmouth" - nie w USA, więc wymagające polskiej wersji. To przykład, kiedy dosłowne tłumaczenie nie ma sensu. "Usta Piekieł"? "Piekielna Jama Gębowa"? Nie brzmi poważnie, umówmy się. "Wlot Piekła" chwyta sens, ale mimo wszystko także nie brzmi jak prawdopodobna nazwa dla czegokolwiek. Tak naprawdę właściwym polskim odpowiednikiem byłyby "Wrota Piekieł" albo "Brama Piekieł", tyle że ten drugi termin jest już zajęty (tak jakoś od trzeciego tomu), a ten pierwszy za bardzo do drugiego podobny, żeby się to nie piórkało. Na razie wykombinowałam "Piekielne Gardło", ale jeszcze sprawę przemyślę.

Żeby jednak wypełnić notę czymś ciekawszym(?), wspomnę o przypadkach, kiedy tłumaczenie w ogóle nie ma sensu. To znaczy, zdarza się (dramatyczna pauza)... że w ogóle pomijam jakiś fragment informacji lub "skracam" ją okrutnie. Czemu? Zwykle dlatego, że to, co brzmi krótko i naturalnie po angielsku, po polsku wymagałoby kilometrowego przypisu albo konwulsyjnie poskręcanego akapitu wyjaśnień. W celu demonstracji wyciągam dwa przykłady z dawnych tomów - oba dotyczą całkowicie przypadkowych postaci epizodycznych i jako takie nie wnoszą absolutnie nic do fabuły, służą tylko jako fragment budowanego tła.

W tomie trzecim o pewnym projektancie mody zostaje napisane: Rolf Morgan had come to fame by selling preppie, old-boy style to the masses. Nie trzeba nawet znać angielskiego, żeby widzieć, że fraza preppie, old-boy style jest krótka i naturalna. A po polsku? O co tu chodzi?

Angielskie słówko prep oznacza ucznia prywatnego liceum lub studenta prywatnego college'u/uniwersytetu, z tych droższych i lepszych. Jeśli wrzucicie w wyszukiwarkę grafiki Google frazę "preppie style" lub "preppy style", natychmiast zobaczycie, o co chodzi. To ten rodzaj ubrania, który można zaobserwować na niektórych filmach, pokazujących życie amerykańskiej elity: swetry, bluzki polo, czasem krawaty, wełna i szkocka krata, styl bliski temu, co u nas nazywa się "sportowym", ale niemający nic wspólnego ze sportem, bo wszystkie te rzeczy są najwyższego gatunku i koszmarnie drogie. W takim snobistycznym stylu ubierają się amerykańskie "prepy" - pewnie nie wszystkie, ale to pierwsze skojarzenie przeciętnego Amerykanina. Teraz jednak mówimy o polskim wydaniu książki. Przeciętnemu Polakowi "styl studencki" jeśli z czymś się kojarzy, to z taniością i/lub niechlujnością wyglądu. Do chrzanu. Mamy elitarne szkoły prywatne, ale nie mamy kojarzonych z nimi strojów. W ogóle o ile pewne elementy tej mody mogą się u nas pojawiać, ktoś wystrojony tak od stóp do głów wyglądałby, jakby urwał się z innej bajki. No i trudno jednak pisać, że pan Morgan zdobył sławę, projektując ubrania w stylu charakterystycznym dla prywatnych liceów i uniwersytetów, prawda? Czytelnik zadumałby się nad tą konwulsją, podczas gdy powinien po prostu przejść dalej i nie przejmować się.

W druku to zdanie wygląda skromnie: Rolf Morgan zyskał sławę, popularyzując wśród mas klasyczny styl sportowy. Jak widać, nie całkiem zgodne z "prawdą" oryginału, ale dostatecznie bliskie, żeby miało sens, a nie odrywało czytelnika od meritum, które akurat z R.M. nie miało nic wspólnego.

Tom czwarty przyniósł jeszcze lepsze wyzwanie. Przedstawiamy postać epizodyczną: Muffie Astor, o której imieniu i osobie autorka pisze tak: It was so outrageously preppie it sounded like a joke. But it was not; it was the real thing, like Muffie herself, who embodied a horsey, Bedford, WASP authenticity in an age of brash nouveau-riche hordes adding “von” or “de” to their names and who didn’t know a Verdura from a Van Cleef. Cytuję większy fragment, żeby było widac, gdzie jest problem. O "preppie" pisałam w poprzednim akapicie, da się to jakoś przeżyć. Cała końcówka zdania drugiego także nie sprawia problemów. Ale proszę bardzo, co to ma znaczyć horsey, Bedford, WASP authenticity? W tym przypadku mamy do czynienia z ciągiem skojarzeń, podobnie jak "preppie style" zrozumiałych dla Amerykanów, ale hermetycznych dla reszty świata.

Horsey może oznaczać osobę przypominającą z urody konia, ale z dalszego kontekstu jasno wynika, że to z panią Muffie nie ma nic wspólnego. Chodzi za to o inną osobę: "mającą do czynienia z końmi", cytując Merriam-Webster Dictionary: characteristic of the manners, dress, or tastes of horsemen or horsewomen. Nie znaczy to, że taki ktoś biega na codzień w bryczesach i dżokejce, ale jeśli pamięta się trochę amerykańskich filmów, łatwo się domyśleć, że chodzi o typ wysportowanej, eleganckiej dziewczyny, która na przykład dużo jeździ konno. Powodzenia w próbie oddania tego po polsku jednym zrozumiałym słowem. Owszem, mnóstwo dziewczyn jeździ u nas konno, ale nie mają rozpoznawalnego "stylu", nie tworzą jakiejś wyróżniającej się i rozpoznawalnej grupy. Wiwat.

Bedford sama nie jestem pewna, skrót myślowy autorki idzie tu za daleko jak dla mnie. Czy chodzi o brytyjski Bedford College lub Bedford University? Obie te placówki są bardzo prestiżowe i nie jest wykluczone, że mogą mieć jakieś równie prestiżowe filie w Stanach. A może to w ogóle odrębna od nich placówka w USA? Albo jakieś miejsce, z czymś się kojarzące? Nie doszłam, ale też poddałam się dość łatwo. Podobnie jak w poprzednim wypadku szansa na znalezienie krótkiego zgrabnego odpowiednika po polsku grawituje w okolicy zera.

No i wreszcie WASP, najłatwiejsze do zrozumienia z tej triady. Otóż, jeśli ktoś nie wie, jest to skrót od White Protestant Anglo-Saxon czyli zamieszkała w USA osoba rasy białej, wyznająca religię protestancką i pochodzenia anglosaskiego (czyli nie np. polski emigrant). Tyle, że widać, ile zajęło mi wyjaśnienie tego skrótu. On bywa używany w języku polskim, ale zawsze z podanym rozwinięciem, ponieważ sam w sobie nie jest szczególnie dobrze znany.

Zbierając trzy powyższe akapity (przyjmijmy dla punktu drugiego, że chodzi o absolwentkę Bedford College) widać, że chociaż da się wyjaśnić, o co chodzi w tym zdaniu, jego przetłumaczenie w sposób zrozumiały dla polskiego czytelnika jest praktycznie niemożliwe. To znaczy: możliwe, ale tylko w przypadku, kiedy poświęcimy akapit na rozwinięcie opisu Muffie Astor, wyjaśniając wszystkie te detale. Czy warto to zrobić? Cóż, to zależy. Gdyby mowa była o jednej z głównych bohaterek, to tak, oczywiście: tego rodzaju charakterystyka byłaby na tyle istotna, że należałoby ją w jakiejś formie przekazać czytelnikowi. Ale mówimy o postaci z tła. Osobie wspomnianej tylko w kontekście organizowanego przez nią pokazu mody. Czy jest sens odrywać czytelnika od głównej fabuły (a dzieje się sporo) i zamęczać go opisem, który i tak będzie dla niego egzotyczny i nie skojarzy mu się z niczym rzeczywistym?

Nie jestem w tym momencie pewna, jak będzie wyglądać wersja ostateczna, ale to, co poszło do redakcji, omijało problem szerokim łukiem. Było {przypominam - imię} tak idealne dla panienki z dobrego domu, że brzmiało prawie jak żart. Ale było prawdziwe, podobnie jak sama Muffie, stanowiąca ucieleśnienie stylu prawdziwej amerykańskiej elity w czasach zdominowanych przez hordy nowobogackich, dodających przed nazwiskami „von” i „de”, a przy tym niepotrafiących odróżnić Verdury od Van Cleefa.

Lenistwo tłumaczki? Ja się trzymam wersji o skórce niewartej wyprawki.

wtorek, 31 sierpnia 2010

Nazwy i imiona własne, czyli pierwszy z koszmarów tłumacza

Za każdym razem zapominam, jak to jest: sam początek tłumaczenia zawsze wydaje się najgorszy. Potrzebne zdania nie przychodzą, nagle zapominam znaczenia podstawowych słów, konstrukcje stylistyczne chwieją się na wszystkie strony, wykręcając zdania w trudne do zrozumienia potworki, a tekst sprawia wrażenie gęstej smoły, przez którą krok po kroku przedzieram się, zaciskając zęby. To przechodzi, po jakimś czasie jest zastępowane przez zupełnie inne wrażenie - tekst układa się pod palcami tak szybko, że ledwie nadążam uderzać w klawisze, a sprawdzanie czegokolwiek irytuje mnie niepomiernie, odrywając od splatania kolejnych zdań. Ale niestety na ten etap muszę jeszcze poczekać.

A, no i zawsze, ale to zawsze, wynikają jakieś nieprzewidziane kłopoty.

Na samym wstępie znajduję wrzuconych w tekst kilka imion. Bez szerszego kontekstu, tylko wymienionych. Z okresu "starożytnorzymskiego" fabuły. O ile jednak do tej pory autorka, pisząc o starożytnym Rzymie, nadawała bohaterom autentyczne rzymskie imiona, o tyle teraz puściła wodze wyobraźni. Do mnie więc należy sprowadzenie ich do jakiejś akceptowalnej w polskim języku postaci. Co my tu mamy?

Na początek "Octilla and Halcyon". Westalki, więc na pewno kobiety, chociaż inaczej stawiałabym, że "Halcyon" ma być imieniem męskim. Octilla nie wywodzi się z niczego - odpowiednie rzymskie imię to Oktawia, ale tego lepiej nie używać, bo licho wie, czy się z niczym nie zdubluje. Więc dopasowujemy: Oktyla? Oktylla? Oktylia? Chyba to drugie brzmi najlepiej i w miarę przypomina imię autentyczne. Wiwat. Ale Halcyon? Rany-chomąta, skąd się tu wzięła wywodząca się z greckiego nazwa zimorodka? Zostawić Halcyon bez zmian? Nie bardzo - nie będzie pasować do niczego. Zmienić na Halkion, dopasowując do tego, jak wyglądałaby grecka transliteracja? Ale w sumie zimorodek, halcyon, wziął swoją nazwę od mitycznej córki Eola, która po polsku nazywała się Alkione. Wprawdzie autorka nie użyła angielskiego odpowiednika (Alcyone), ale ja chyba wolę to niż zostawianie niepasującego do żeńskiej postaci "Halcyon". Na razie lecimy z Alkione, sprawa otwarta do rozważenia w drugim czytaniu.

"Alexandrus" - znowu greckie imię, tym razem z doczepioną męską łacińską końcówką. Wstawić Aleksandrusa, czy jednak skrócić do Aleksandra? Do zastanowienia na później.

"Pantaelum" - jeszcze lepiej. Końcówka -um w łacinie przynależy wyłącznie do rodzaju nijakiego i z oczywistych powodów nie jest stosowana w imionach. Tutaj to facet, bo senator. Najbliższe to greckiemu imieniu "Pantaleon", ale mimo szlachetnego źródłosłowu (panta - wszystko i leon - lew) nie najlepiej to brzmi po polsku. Ryzykować Pantaleona, czy może zmienić na "Panteliusza" - całkowicie fikcyjne, ale "rzymskawo" brzmiące imię. Na razie druga wersja.

I last but not least... "Onbasius". A to co ma być na litość bogów, jak to przełożyć na polski? Najgorsze, że nie jestem tym razem pewna płci: "healer" to może być i on, i ona. Wujek Google wypluwa jeden interesujący rezultat: wg pewnej strony Onbasius był działającym w Rzymie lekarzem, autorem jakiejś encyklopedii medycyny. Obiecujące. Ale angielska ciocia Wiki nie słyszała o tym gościu, a przeszukanie polskich stron o medycynie w starożytnym Rzymie nic nie dało. Nie był dość istotny? Czy może ta angielska strona zawiera błąd? Do sprawdzenia w bibliotece, obawiam się. Na razie wstawiam Onbazjusz - dziwaczna forma, ale najbardziej prawdopodobny polski zapis. Nie rzymskie, ale pasowałoby do jakiegoś cudzoziemca osiadłego w Rzymie.

Koniec z imionami, wyłania się za to następna zagwozdka. "Petruvian Order" to zakon całkowicie fikcyjny, czyli do mnie należy wymyślenie mu polskiej nazwy. Wiwat. No dobrze, spróbujmy zacząć od ustalenia, co to właściwie jest "petruvian". Nie, nie chodziło mi o "peruvian", wujku G., odpowiedz na pytanie! Leonardo DaVinci's Petruvian Man is universally known as a symbol for the medical and health industries... Oooooookay, wiem, o czym mowa... Ten sam "Petruvian Man" pojawia się w jeszcze iluś kontekstach na iluś stronach. Chodzi o słynny rysunek Leonarda - nawet jeśli nie ma bezpośredniego związku z fabułą, bez wątpienia stąd wzięła pomysł na tę nazwę autorka. Ale zaraz... Tu wtrąca się ciocia W. Jaki "petruvian"?! Według niej The Vitruvian Man is a world-renowned drawing created by Leonardo da Vinci around the year 1487. Wtóruje temu polska wersja: Człowiek witruwiański – rysunek upowszechniony przez Leonarda da Vinci około roku 1490. Mniejsza o małą rozbieżność w datach, zgadza się nieszczęsne v/w zamiast wyimaginowanego p, które najwyraźniej jest kopiowanym przez kolejne strony atrakcyjnym błędem. Ach, potęga internetu i ewolucja memów! Dawkins byłby dumny ze znalezionego przeze mnie przykładu.

Dobrze, ale co w takim razie? Poprawić te "Petruvian" na "Vitruvian"? Ryzykowne, bo ten zakon to nie jednorazowa ozdóbka, tylko element świata, który może okazać się dość istotny. Więc może - skoro "człowiek witruwiański", to "zakon petruwiański" i "petruwianie", tak jak "franciszkanie"? Uff, wygrzebałam się z tego i mam nadzieję, że nie pożałuję swojej decyzji.

Powyżej znajduje się coś, co - jak przypuszczam - może stać się Typową Notką Dla Tego Bloga. Jeśli zanudzam - przykro mi! Ale rozplątywanie takich łamigłówek to akurat ta fajniejsza część pracy tłumacza.

poniedziałek, 30 sierpnia 2010

Zbłąkany anioł - wrażenia z lektury

"Misguided Angel", czyli niebawem już "Zbłąkany anioł", przeczytany i - tak jak się spodziewałam - nie zaskoczył mnie poważniej. Jeszcze raz podkreślam - nie pod względem fabuły, bo jej ocena nie należy do zadań tego akurat bloga. Chociaż na pewno znajdzie się w nim parę rzeczy dla wygłodniałych fanek, acz wprowadzenie nowego dużego wątku sugeruje, że do zakończenia cyklu jest jeszcze daleko. No i muszę przyznać, że w pewnym momencie prawie spadłam z fotela ze śmiechu - okazało się, że żartobliwy rysuneczek mojej przyjaciółki, zawierający nasze pobożne życzenia co do wydarzeń po zakończeniu "Dziedzictwa", okaże się zapewne całkiem niezłą ilustracją do któregoś z kolejnych tomów... Kto by pomyślał! Szkoda, że tłumaczom nie dają premii za przebłyski jasnowidzenia.

Mimo wszystko w tym tomie znajdzie się kilka wyzwań, które postaram się jakoś omówić w miarę ich "wypływania" w trakcie tłumaczenia. Proszę się nie obawiać spoilerów - kluczowe nazwy własne odnoszące się do wspomnianego nowego wątku są akurat proste do przełożenia, a pozostałe bez kontekstu będą tylko nazwami - najwyżej zaostrzą ciekawość, ale na pewno nie zdradzą za wiele. Poza tym jednak nie czarujmy się, z "Błękitnokrwistymi" znamy się już jak łyse konie, tłumaczenie idzie mi zwykle szybko, chociaż "szybko" nie znaczy "w tydzień zrobię". Dwa miesiące to już bardziej realny szacunek, a potem jeszcze redakcja, skład, korekta autorska, korekta zwykła, cała zabawa z drukowaniem... Chwilę zejdzie. A i tak będzie to stosunkowo szybko, biorąc pod uwagę, że amerykańskie wydanie ukaże 26 października 2010 roku. Tak, dobrze napisałam. Mogę się czuć niezwykle dumna i uprzywilejowana, bo jako jedna z pierwszych osób na świecie mam w garści tekst, leżący obecnie bezpiecznie w amerykańskim wydawnictwie Hyperion.

Przy okazji wykryłam jednak jedną rafę, na którą wpadłam wcześniej z całym impetem. Jest jedna rzecz, na którą żaden tłumacz nic nie poradzi - brak kontekstu. W książce czasem daje się to zaczarować, a czasem nie. Jeśli dochodzimy do niemal czystej "wyliczanki" w podziękowaniach, mogę tylko zgadywać, co jest imieniem męskim, a co żeńskim. No i popełniłam błąd, zakładając, że "Mattie" (chyba dziecię pani Melissy, o ile dobrze rozumiem) to chłopak. A guzik, tym razem w podziękowaniu jest "dla mojej córeczki Mattie". A niech ją korniki stratują! Wysłałam do wydawnictwa pytanie, czy da się to jeszcze poprawić w dedykacji i podziękowaniach "Dziedzictwa" i zobaczymy, co z tego wyniknie. Nie czuję się winna, bo wiedzieć nie mogłam - ale mimo wszystko to irytujące. Pozostaje przyjemne przekonanie, że dedykacji i podziękowań i tak nikt nie czyta, a już na pewno nie na tyle dokładnie, żeby zauważyć, że z tomu na tom zmieniłam zdanie.